Pierwszy weekend

Pierwszy weekend (dzień trzeci i czwarty)

Po męczącym dniu z poprzedniego wpisu obudziłem się rano w łóżku w ciuchach. Nie mam zielonego pojęcia kiedy zasnąłem. Musiałem wrócić z piwa i po prostu paść trupem na materac, nie ma innej opcji. Gdy już się wstępnie ogarnąłem zacząłem kombinować coś do jedzenia – na szczęście kupiłem sobie zupki chińskie dzień wcześniej w Wallmarcie, a znajomi pożyczyli mi mały garnek żebym miał w czym sobie zagotować wodę. Zadowolony postawiłem wodę na kuchence i z bezpodstawną radością oczekiwałem, na pierwsze oznaki wrzenia. Wtedy dotarło do mnie, że nie będę miał czym jej zjeść, bo nie mam żadnych sztućców. Kurwa. Wyszedłem do sklepu, który znajduje się dosłownie pod moim budynkiem z nadzieją, że znajdę tam jakieś widelce i łyżki. Nie myliłem się – na półce czekał na mnie zestaw ośmiu widelców noży i łyżek. Idąc za ciosem postanowiłem kupić też płatki i mleko – a co! Wracając do mieszkania przypomniało mi się, że nie mam w czym zjeść tych płatków. Fuck. Zalałem swoje noodle i zabrałem się do pisania poprzedniego wpisu, który przegryzałem noodlami i popijałem wodą z galonowego (3,78L) baniaka. Czas leciał strasznie szybko – nie zorientowałem się kiedy minęły mi te 2 godziny pisania pierwszej części. Z wielkim trudem wrzuciłem jakoś zdjęcia na serwer i udało mi się opublikować notkę.

Poszedłem do kuchni wykombinować sobie jakiś plastikowy kubek w celu skonsumowania płatków, bo znowu zgłodniałem. Usłyszałem zgrzyt klucza w zamku i przede mną stanął czarnoskóry facet w uniformie Primm Valley. Chwilę się na siebie popatrzyliśmy w konsternacji po czym któryś z nas wypalił „Hey, how you doin?” i od słowa do słowa okazało się, że osoba, która przede mną stoi to Mark, 58 latek (dałbym mu ze 40) z Detroit, który mieszka razem ze mną w mieszkaniu i pracuje jako krupier w jednym z tutejszych kasyn. Mark ma na twarzy bliznę, która wygląda jak od cięcia nożem i ogólnie wygląda na kogoś, kogo wolałbym nie spotkać w ciemnej uliczce. Gdy zobaczył co odstawiam ze swoim jedzeniem zaproponował mi od razu, że mogę używać jego naczyń i sztućców i pokazał mi, gdzie je trzyma. Poprosiłem go aby przedstawił mi jakieś zasady, które tutaj panują żebym nie popełnił jakiegoś faux pass. Pokazał mi gdzie trzymać naczynia, gdzie torebki foliowe, które służą za worki na śmieci, jak używać piernika i takie tam podstawowe ‚know how’. Na szczęście wydaje się być całkiem sympatycznym gościem, choć rozmowa z nim do najlżejszych nie należy, bo jego gadka to taki stereotypowy, hollywoodzki slang z Grove Street, więc czasami przytakiwałem nie dokońca go rozumiejąc, albo prosiłem żeby powtórzył. Mark zaczyna pracę o 4am a kończy o 12pm, więc uprzedził mnie że kładzie się spać dosyć wcześnie i że ma nadzieję, że nie będzie mnie budził w środku nocy biorąc prysznic (łazienka jest pomiędzy naszymi dwoma pokojami). Oprócz tego dowiedziałem się także, że z czterech dostępnych tu pokoi jeden jest wolny, a nieznanym mi współlokatorem jest Mike, który jest księgowym. O dziwo Mark wiedział, gdzie leży Polska, bo w latach siedemdziesiątych był w Niemczech, jednak nie podał mi powodu, dla którego tam się znajdował. Próbowałem się również delikatnie wypytać o Detroit, ale uciął temat mówiąc, że mieszka trochę tu, trochę tam i nie wie jak długo będzie siedział w Primm, a siedzi tu już półtora roku. Tematu nie drążyłem, bo zauważalnie był on dla niego drażliwy. Przed wyjściem zauważyłem, że Mark próbował naprawić dozownik płynu do czyszczenia łazienki (taki z opcją spray jak do płynu do mycia okien), bo rurka wpadła do środka i przez to nie działał. W pewnym momencie stwierdził, że to pierdoli i gdzieś wyszedł. Ja jako dobry współlokator korzystający z jego wyposażenia kuchennego postanowiłem spróbować wyciągnąć tę rurkę i to jakoś zmontować. Chwilę się z tym pieprzyłem, ale zanim udało mi się to wyciągnąć wrócił Mark, posiłował się trochę z tym po czym stwierdził „I don’t have time for this shit!”, przelał zawartość butelki do pojemnika z resztką mydła do rąk, oblał nim kibel, wyczyścił szczotką i zadowolony stwierdził, że teraz jest nawet lepiej, bo się pieni.

Zaczęła mnie boleć głowa, więc postanowiłem, że się chwilę prześpię. Po przebudzeniu postanowiłem ogarnąć trochę naczynia, które pobrudziłem – zacząłem zmywać używając „Sanitizing shit” poleconego przez mojego roommate’a. Przyszedł Mark i gadaliśmy o jakichś głupotach. Gdy skończyłem zmywać wytarłem łapy o spodnie, powąchałem szmatkę, którą przecierałem naczynia i z nieukrywanym zdziwieniem spytałem się „Dlaczego ta szmatka pachnie wybielaczem?” (Czy ta chusteczka pachnie choloroformem? #pdk) – Mark odpowiedział „A dlaczego nie? Zawsze używam wybielacza do czyszczenia naczyń. To zabija wszelkie zarazki i w ogóle.” (Ang. Yeah man, I always use this shit to clean dishes. This sanitizing shit’s sanitizing all of those dishes – its killing all germs dude. Sanitizes the shit out of them man, you know that I mean!). Zdębiałem. Spytałem się jeszcze raz czy na pewno dobrze się zrozumieliśmy i czy on czyści naczynia wybielaczem, odpowiedź była twierdząca. Mark nie wiedział dlaczego mam minę jakbym zaraz miał dostać zawału, a ja już wiedziałem dlaczego od paru godzin bolał mnie łeb, szczypały mnie oczy i ręce. Poleciałem do swojego pokoju po portfel i wsadzając go sobie do kieszeni zauważyłem na moich niebieskich króciakach czerwonawo-różową plamę w miejscu, w którym wycierałem przed chwilą ręce. Moje ulubione krótkie spodenki, kurwa jego mać. Jebany „Sanitizing shit”. W sklepie kupiłem zmywak do naczyń i po powrocie wybrałem sobie jeden talerz, miskę i po każdym ze sztućców. Pokazałem je Markowi i poprosiłem żeby od teraz ten zestaw był mój i żeby go przypadkiem za mnie nie zmywał, bo ja będę używał trochę innych metod czyszczenia, czyli płynu do mycia naczyń. Kompletnie nie rozumiał o co mi chodzi, ale się zgodził. Jako, że wziąłem ze sobą tylko jedną parę krótkich spodni postanowiłem polecieć do pobliskiego outletu żeby zaopatrzeć się w jakąś nową parę.

Outlet był w miarę pusty – co ciekawe normalnym zjawiskiem jest to, że w sklepach ludzie śpią na ławkach. Akurat przechodziłem obok jednej pary, która przy ławce miała zakupy i smacznie sobie spali oparci o sobie cichutko pochrapując. Wszedłem do Lee, do Wranglera i do sklepów innych nieznanych mi bliżej marek i niestety nie mogłem nic dla siebie znaleźć. Chciałem kupić zwykłe krótkie spodenki, a wszystko co było na wieszakach i półkach to jakieś spadochrony z miliardem różnych taktycznych kieszeni na magazynki i granaty. W pasie były ok, ale wyglądały jak bojówki wojskowe, a raczej czegoś takiego do koszuli bym nie założył. Przypomniało mi się, że pierwszego dnia widziałem w Outlecie sklep Hollistera, a że to podmarka Ambercrombie&Fitch to jest spora szansa, że znajdę tam coś, co nie będzie przypominało spodni taktycznych. Nie myliłem się, w sklepie od razu wpadły mi w oko jedne najzwyklejsze na Świecie smukłe, jednokolorowe, czterokieszeniowe spodnie za $20. Nie miałem zielonego pojęcia jaki rozmiar wybrać, więc wziąłem trzy różne i udałem się do przymierzalni. Były dwie – obydwie zamknięte, więc wywnioskowałem, że ktoś w nich siedzi, choć nie słyszałem ze środka żadnych odgłosów, ani nie widziałem cienia pod drzwiami, ale spoko. Po chwili podszedł do mnie pracownik sklepu z pytaniem „Jesteś gotowy?” a ja nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi, więc takie też pytanie zadałem. Okazało się, że w tym kraju przymierzalnie z reguły są zamknięte i otwiera je pracownik sklepu po przeliczeniu z jaką ilością towarów klient wchodzi do środka. Trochę mi się to nie spodobało, bo to traktowanie klienta jak potencjalnego złodzieja, ale ok – takie panują tu zasady. Pamiętam, że gdy zobaczyłem coś podobnego w PL (liczenie ciuchów), chyba w Zarze to też źle się z tym faktem poczułem.

Nie mogłem się zdecydować, który rozmiar wziąć, bo pomimo tego, że było to 33 i 34 to 33 był trochę przykrótki, ale dobry w pasie, a 34 na długość był ok ale spadał mi strasznie z dupy. Zaryzykowałem biorąc 33 i postanowiłem jeszcze się pokręcić po sklepie. Znalazłem wieszaki z koszulami, a na nich bardzo fajną czerwoną, bawełnianą, przewiewną koszulę – z ciekawości chciałem sprawdzić cenę, bo może sobie kupię po wypłacie. Patrzę na metkę i nie wierzę własnym oczom – przecena z $39,95 na $9,99. Szybko znalazłem swój rozmiar i poleciałem do przymierzalni – BIERĘ. Przy kasie przeciągnąłem swoją kartę przez terminal a dziewczyna spytała się mnie, czy chcę płacić debetowo, czy kredytowo. Nie miałem zielonego pojęcia co za różnica, więc wybrałem opcję pierwszą. Poprosiła mnie o dowód osobisty i musiałem złożyć swój podpis po płatności – nadal nie wiem czym się różnią te płatności, bo kasę z konta mi ściągnęło normalnie, ale w przyszłości chyba będę wybierał kredytowo, bo przynajmniej nie muszę nigdzie bazgrać i pokazywać ID. Potem skoczyłem jeszcze do części gastronomicznej, w której kupiłem calkiem smaczny i spory kawałek pizzy pepperoni za $5.30. Trochę drogo.

Wracając z Outletu przechodziłem przez kasyno (są połączone), więc w ramach programu oszczędnościowego postanowiłem usiąść sobie przy jednym z „Penny slots” i wrzucić tam dolara. Nie znam się na tym, więc poklikałem dwa razy i okazało się, że zostały mi jeszcze jakieś kredyty, ale mam ich za mało żeby wykonać kolejny ruch. Dorzuciłem kolejnego dolara, zakręciłem dwa razy i sytuacja się powtórzyła – wcisnąłem „Cash Out” i przy akompaniamencie wydobywającego się z głośników dźwięku spadających monet automat wydrukował mi kwit na potężną sumę $0.08. Kiepski ze mnie hazardzista.

Penny Slots

Penny Slots

Wróciłem do domu i chciałem zalać sobie kolejne noodle, ale Mark stwierdził, że powinienem zjeść trochę mięsa a w sklepie mają „Chicken Pie”, które wrzuca się do piekarnika, a że mają trochę mięsa to jest to świetna przekąska dla mnie. Poleciałem więc do sklepu w którym spotkałem dwóch typów, którzy stali przy lodówce z browarami. Zapytałem się które piwo jest dobre, bo się nie znam – zaproponowali mi Old English cośtam i powiedzieli, że po jednym padnę trupem. Ja odpowiedziałem, że jestem Polakiem i raczej to się nie stanie. Stwierdzili „Aaa… Ok to w takim razie Cię to nie dotyczy” i dalej sobie śmieszkowali wybierając browary. Wziąłem też cziken paje, kupiłem sobie dwa – jeden z wołowiną a drugi z kuczakiem i wrzuciłem je na 40 minut do piekarnika. Dobrze, że ustawiłem sobie przypomnienie w telefonie, bo zacząłem pisać drugą część poprzedniego wpisu i tak się wkręciłem, że zapomniałem o całym Świecie (tak jak teraz – znowu minęło półtorej godziny, a ja nawet nie wiem kiedy). Mark stwierdził, że jeszcze nie są gotowe i powinienem je wrzucić na dodatkowe 15 minut – tak też zrobiłem. Po skonsumowaniu umyłem naczynia „Old fashioned european way” i poszedłem dalej skrobać wpis. Zrobiło się już późno – czekałem na telefon od chłopaków, żeby się złapać na piwo, ale coś im się przedłużało. Zasnąłem z laptopem na kolanach i obudziłem się przez wibracje w telefonie – była 11:30 pm. Odebrałem a w słuchawce zamiast ziomka słyszałem jakąś młodą amerykankę, która zadawała mi jakieś kompletnie bezsensowne pytania w stylu czy jestem Polakiem, gdzie jestem, jak mam na imię itd. – bezsensownie je odbijałem mówiąc jakieś kompletnie przypadkowe głupoty, bo rzadko mi się zdarza być całym w skowronkach, gdy mnie ktoś obudzi. Po chwili słuchawkę złapał właściciel telefonu i dowiedziałem się, że są przy basenie. Stwierdziłem, że to pierdolę i idę dalej spać. Po paru minutach zreflektowałem się, że przecież i tak jutro rano nie wstaję i będę się nudził, więc fajnie by było ruszyć dupę i coś porobić. Wziąłem do ręki swoje 7,5% piwo i poszedłem się pokręcić z nimi po okolicy. Poszliśmy sobie kawałek na pustynię pod jeden z masztów z linią wysokiego napięcia – pod masztem leżało sporo czegoś dużego i czarnego – gdy podeszliśmy okazało się, że są to wielkie kruki, które postanowiły sobie usiąść na liniach wysokiego napięcia. Bad idea.

Kruczek

Jako, że wszyscy jutro rano wstają do pracy to po dosłownie 40 minutach zaczęłiśmy się rozchodzić. Po drodze jednak okazało się, że przy basenie siedzi całkiem spora ekipa z Tajlandii, więc paru z nas postanowilo się do nich dołączyć. My gadaliśmy po angielsku i polsku w ekipie polsko mołdawskiej, a oni po swojemu. Chłopaki z Wrocławia polecieli spać, a ja zostałem z Tajami i ziomkiem z Mołdawii – dopiłem piwo i poszedłem do siebie za potrzebą – gdy wróciłem Mołdawia się zawinęła, więc podjąłem próbę przekonania 10 osób, żeby przerzuciłly się na angielski – udało się. To się nazywa siła perswazji 😀 Poczęstowali mnie piwkiem i tak sobie siedzieliśmy gadaliśmy o głupotach i wymienialiśmy się różnymi doświadczeniami. Oni próbowali mnie nauczyć wymawiać swoje imiona, a ja uczyłem ich Grzegorza Brzęczyszczykiewicza, stołu z powyłamywanymi nogami oraz chrząszcza, który brzmi w szczebrzeszyńskiej trzcinie. Było ze 20c, więc wszyscy zaczęliśmy zamarzać i przyniesione przez nich koce nie grzały nas już wystarczająco, więc około godziny 4am postanowiliśmy zawinąć się do domów. Skończyłem pisać wpis, wrzuciłem jakimś cudem te wszystkie foty i tekst na bloga, dodałem info na fejsa i poszedłem spać.

 

Dzień czwarty

Kurwa. Takiego bólu głowy to ja nie miałem dawno. Czułem się jakbym wywalił co najmniej litr wódy. Zachciało mi się pić jakiegoś nieznanego piwa 7,5%. Wcale mnie jakoś strasznie nie porobiło, ale piłem je o godzinie 24, teraz jest 23:15 a jeszcze czuje, że boli mnie trochę łeb. Do 15 leżałem w łóżku i nie byłem w stanie się ruszyć, podczas przebłysków ruchowych wysłałem maila celem dowiedzenia się, dlaczego do chuja pana mój blog nie działa od paru godzin – i tyle. Udało mi się też koło południa doczłapać do kuchni z misją zeżarcia płatków z mlekiem.

amerykańskie śniadanie

Amerykanizacja pełną gębą

Powiedziałem Markowi, że wypiłem dwa piwa a dzisiaj czuje się jak gówno. Spytał się, czy piłem tego „Old English cośtam”, który był wczoraj w lodówce. Po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi powiedział, że ani trochę się nie dziwi, bo to gówno strasznie trzepie w bani. Koło 16 udało mi się przetransportować pod prysznic i wyszedłem do Primm zorganizować sobie coś do jedzenia – padło na Taco Bell.

amerykańskie taco bell

Nie wiem co to było, ale smaczne.

Byłem pierwszy raz. Smaczne żarcie mają, ale przez takie jedzenie na mieście długo nie pociągnę, bo kosztowało mnie to $8, a ja cały czas jadę na swoich oszczędnościach przywiezionych z kraju. Po powrocie z Taco Bell usiadłem do kompa, odpaliłem Photoshopa i zacząłem tworzyć nowe resume, czyli amerykański odpowiednik naszego CV.

Przez ten weekend zrozumiałem jedną rzecz – rzecz, którą słyszałem już od oficera imigracyjnego na lotnisku, gdy dowiedział się gdzie będę pracował. Powiedział „Dlaczego ktoś miałby chcieć pracować w Primm?” – teraz już wiem o co chodziło. To jest dziura pośrodku niczego i oprócz pracy i walenia browarów nie ma tu nic do roboty, a każda wycieczka do Vegas to pół dnia w plecy. W mojej głowie pojawiła się nowa misja – muszę spierdolić z Primm. Nie wiem jeszcze dokładnie jak to zrobię, ale zacznę wykonywać pewne kroki a reszta ścieżki się przede mną odsłoni w miarę parcia do przodu. Najpierw muszę załatwić sobie SSN i wszystkie inne certyfikaty. Jak już będę to miał to dobrze się ubiorę i lecę do Vegas gdy będę miał day-off (mam nadzieję, że w tę środę zacznę już pracę w Primm…)

Po skończeniu modelowania CV odpaliłem OpenOffice Writera i zacząłem pisać to, co właśnie czytasz. Mój pakiet internetowy już naprawdę dobiega końca, więc nie wiem jak będzie z wpisami w najbliższych dniach. Później wyskoczyłem na chwilę pogadać z chłopakami, bo wrócili z roboty. Posiedzieliśmy przy basenie z godzinkę i się zawinęliśmy.

work and travel primm

#nogiczyparowkizbutami

Idę spać. Jutro ciężki dzień. Muszę z samego rana spróbować załatwić SSN i może uda się też przy okazji założyć konto w banku. Hajsy się kończą, Internety się kończą – nie jest kolorowo. Czasem zapijamy smutki i bywa chilloutowo.

 

PS. Czytam wszystkie Wasze komentarze tutaj, na mirko i na FB. Dziękuję Wam bardzo! Cieszę się, że podoba mi się moje pisanie. Nie spodziewałem się tego, seriously. Niestety nie zawsze mam jak na nie odpisać, więc wybaczcie jeżeli pozostały bez odpowiedzi. Postaram się to ponadrabiać w wolnej chwili z dostępem do Internetów. Sobie życzę dobrej nocy, a wam miłego dnia! Jak zawszę liczę na komcie i na to, że powytykacie mi jakieś błędy 😉

 

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email