Nic, co jest coś warte nie przychodzi łatwo…

Ostatnio z mojej strony była cisza blogowa, bo nic nie robię oprócz pracy i opierdalania się. Offa spędziłem na spaniu i siedzeniu na basenie. Współczuję tym ratownikom – siedzenie 8h w 40c to nic przyjemnego. Na początku zeszłego tygodnia poszedłem dowiedzieć się o podwyżkę i zmianę stanowiska, a pod koniec poskładałem aplikacje do różnych knajp w Vegas po tym, jak mi podcięto skrzydła w Primm, ale o tym innym razem. Dzisiaj opowiem Wam jak przebiegło spotkanie z amerykańskim systemem zdrowotnym, czyli czymś, czego bałem się jak ognia odkąd tylko przyszedł mi do głowy pomysł wyjazdu do USA.

Naszym zadaniem była pomoc innym Slot Techom w wyładowaniu maszyn kasynowych z ciężarówki. Zostały one przywiezione z pobliskiej stacji benzynowej i wymagały wymiany na nowsze. My przy samej operacji odłączania nie mogliśmy być z powodu braku uprawnień, więc bardzo ucieszyliśmy się gdy mogliśmy w końcu się trochę poruszać, bo od rana nie mieliśmy nic konstruktywnego do roboty. Moja radość nie trwała zbyt długo, bo gdy tylko wszedłem na pakę jedna z maszyn runęła mi prosto na stopę – z przekleństwem na ustach zacząłem skakać na jednej nodze po całej ładowni niczym Tygrysek z Kubusia Puchatka na swoim ogonie. Bolało. Te maszyny potrafią ważyć ponad 200 kilogramów. Pierwsza reakcja organizmu – adrenalina. Gdy zdejmowałem skarpetkę trochę obawiałem się o to, co zaraz ujrzę, na szczęście stopa jest cała, mogę ruszać palcami i tylko jeden wygląda na zadrapany – „Jednak nie boli tak bardzo, dajcie mi chwilę posiedzieć i zaraz Wam pomogę dalej.” Moi współpracownicy po upewnieniu się, że żyję pojechali z dwoma slotami do magazynu zostawiając mnie na straży ciężarówki. Po paru minutach dostali smsa, żeby ktoś tu pilnie przyszedł i przypilnował tematu, bo ja w trybie pilnym muszę znaleźć worek lodu i się gdzieś schować, bo jednak nie boli, a napierdala jak skurwysyn. Lód przyniósł mi niesamowitą ulgę, gdy zabunkrowałem się z jego torebką w jednym ze schowków. Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się jednego z supervisorów, który po krótkich oględzinach zabrał mnie do ochrony w celu wypełnienia raportu o szkodzie.

Pokój ochrony najeżony był kamerami, mikrofonami oraz tabliczkami informującymi o nich. Wprowadził nas do niego stary ochroniarz, którego akcent wskazywał na Wielką Brytanię, albo co najmniej Luizjanę. Mówił w sumie bardzo podobnie jak rolnik z filmu „Hot Fuzz”. W ogóle nie byłem w stanie go zrozumieć, więc tylko mu przytakiwałem gdy wyłapałem, że zadał jakieś pytanie. Muszę się tego oduczyć, bo zauważyłem, że zdarza mi się to dosyć często tutaj. Oprócz mnie, supervisora i jednego ochroniarza był jeszcze jeden z Slot Techów, który był świadkiem całego zdarzenia. Dostałem parę kartek do wypełnienia podczas oczekiwania na szefa ochrony, czy kogoś w tym stylu. Chwilę mi to wszystko zajęło, bo nie znam na pamięć ani swojego SSN, miejsca zamieszkania, a tym bardziej nr. telefonu komórkowego. Do tego oczywiście odmowa wezwania karetki, którą uargumentowałem brakiem potrzeby pilnego działania wg. mojej wiedzy. Podczas wypełniania przyszedł szef ochrony i zaczął zadawać przeróżne pytania i podsuwać mi jakieś kartki do podpisania, na jednej stronie trzeba było złożyć po 2-5 podpisów z datami. Bez sensu. Potem poinformował mnie, że w związku z tym zdarzeniem muszą mi zrobić test na obecność narkotyków w organizmie – z tego co zrozumiałem, to jeżeli by coś wykryli to nie muszą wtedy pokrywać kosztów leczenia. Wszystko odbywało się w dziwnej atmosferze, bo wszystko musiałem robić sam. Sam odpakowywać patyczki do wsadzania w mordę, samemu odklejać, zaklejać, przeklejać i wypełniać – podawali mi to jak trędowatemu – wszystko pod okiem kamery, abym później nie mógł powiedzieć, że zostałem wrobiony. Próbka mojej śliny została zamknięta w schowku do czasu odbioru przez kogoś z laboratorium. Zostałem poinformowany, że gdy ból się będzie nasilał to mogę stawić się w jednej z klinik z którą mają podpisaną umowę. Oczywiście wszystkie były w Las Vegas, albo jeszcze dalej – dostałem listę z mapką. Zaproponowano mi transport do domu, oczywiście się zgodziłem. Musiałem jeszcze tylko po drodze oddać radio, oraz podbić kartę wyjścia.

Doczłapałem się do domu, padłem na łóżko i zasnąłem. Po przebudzeniu zobaczyłem, że palec jest w połowie ciemno-krwisto fioletowy, spuchnięty i boli jeszcze bardziej niż wcześniej. Upewniłem się, że ja nie będę płacił za nic i wszystko zostanie opłacone przez ubezpieczyciela mojego pracodawcy po czym zadzwoniłem do „sponsora” czyli firmy, która mi tu załatwiła robotę i poprosiłem żeby załatwili mi transport do kliniki jutro z samego rana w razie potrzeby, bo nie dam rady sam pojechać. Zgodzili się i umówiłem się z przedstawicielem na telefon następnego dnia rano – jeżeli sytuacja się nie poprawi to pojedziemy do lekarza. Wieczorem poszedłem się spotkać ze znajomymi na basenie i w trakcie tego parokrotnie dostawałem nagłego, kującego bólu. Coś jakby ktoś mi igłę w palec wbijał – nie polecam.

Chwilę po 8 am zadzwoniłem do Human Resources poinformować, że nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Naturalnie ani trochę nie zdziwiłem się tym, że nie ma osoby, której mogę to powiedzieć i zadzwoni do mnie jak tylko przyjdzie, czyli o 9. Zadzwoniłem do przedstawiciela i umówiliśmy się na podróż do kliniki. Do 9:40 z HR nikt nie zadzwonił, więc zrobił to ten chłopak. Nie zdziwiło mnie również to, że nie dostałem jakichś niezbędnych dokumentów, bez których nawet na mnie nie spojrzy lekarz. Dobrze, że się tego gdzieś doczytałem i po krótkiej wizycie w HR mogliśmy ruszyć w swoją stronę. Do wyboru było 5 różnych placówek, jako, że Kao zna miasto postanowił pojechać do Henderson, bo tam będą najmniejsze kolejki. Henderson to… Taka niby dzielnica Vegas, a niby osobne miasto. W każdym razie dosyć daleko od Stripa, daleko od Silver 7 i jest to miejsce do którego chyba nie da się dostać autobusem. Dotarliśmy na miejsce jakieś 40 minut później.

Poczekalnia

Poczekalnia

W małej poczekalni prawie wszystkie miejsca były zajęte, a wszystkie oczy wlepione w telewizor na jednej ze ścian. Leciał akurat jakiś beznadziejny dramat z aktorstwem i czerstwymi żartami na poziomie Ukrytej Prawdy. W tym odcinku bohaterowie jechali pociągiem, który miał się zderzyć czołowo z rozpędzonym składem jadącym z naprzeciwka. Uśmiechnięta, ubrana w niebieski strój taki jak bohaterowie „Scrubs” dziewczyna za ladą dała mi kwestionariusz do wypełnienia i poleciła pojawić się, gdy skończę. Tutaj pytań było jeszcze więcej, bo oprócz opisywania i rysowania co mi się stało, gdzie, o której godzinie i w jakich warunkach musiałem też wpisać dane pracodawcy. Jeszcze żeby to były tylko dane pracodawcy to pół biedy – musiałem podawać jakichś ludzi z imienia i nazwiska, ich adresy korespondencyjne oraz nr telefonów. No do kurwy nędzy, skoro Primm Valley Casino Resorts współpracuje z tą kliniką to nie mają nigdzie ich danych?! Nawet nie wiem czy dobrze wszystko powpisywałem. Pomijam już fakt, że niektóre rzeczy musiałem pisać dwa razy – takie jak np. opis zdarzenia. Jakieś 15 podpisów, 30 parafek i 20 minut później zaniosłem wypełnioną dokumentację, po czym usłyszałem, że czas oczekiwania to ok. godziny – nie jest źle, pomyślałem. Wróciłem na swoje miejsce i dołączyłem do grona ludzi wpatrzonych w grający płaskoekranowy prostokąt na ścianie, na którym odgrywane sceny były tak przepełnione patetycznością, heroizmem i suchym humorem, że aż mi się słabo zrobiło. Po jakiejś godzince zostałem zaproszony do środka – „Łał, nie ma dramatu! Może jednak zdążę dzisiaj coś jeszcze załatwić!” – pomyślałem. Zostałem zaproszony do malutkiego pokoju, w którym zbadali mi ciśnienie, zanotowali coś w notatniczku i kazali czekać na lekarza.

Poczekalnia

Poczekalnia

Po jakichś 20-30 minutach czekania rozłożyłem się w gabinecie i znudzony poszedłem spać. Nie wiem ile spałem, ale myślę, że około 30 minut, gdy obudził mnie dźwięk przekręcanej klamki – do pokoju wszedł facet około 40 lat, również w niebieskim uniformie i spytał się mnie co się stało – pokazałem mu palec, na który tylko rzucił okiem podczas zdejmowania z szyi stetoskopu – przykładając mi go do klatki piersiowej oraz pleców kazał oddychać. Zdziwiłem się, bo stetoskopu w PL używa się na gołe ciało, a nie na koszulkę, ale co tam. I tak boli mnie palec, a nie gruźlica. Popatrzył chwilę na palec, dotknął go dwa razy, zanotował coś i wyszedł. Po kolejnych ~20 minutach czekania znowu poszedłem spać, obudzono mnie chwilę później żeby poinformować, że trzeba będzie zrobić prześwietlenie, ale dziewczyna od prześwietleń jest teraz na obiedzie. No kurwa to są jakieś jaja. Wysłałem smsa do reprezentanta mojego sponsora z opisem co tu się dzieje, odpowiedzią było „Just please be kind and polite.” 😀

Upłynęło trochę czasu zanim wpadła uśmiechnięta brunetka z pytaniem czy jestem gotowy na prześwietlenie. No nie kurwa, jeszcze muszę się chwilę przespać. Oczywiście z uśmiechem na ustach odpowiedziałem, że nie mogę się doczekać! Poszliśmy do pokoju, urządzenie do prześwietlania nie różni się niczym niż te w naszych szpitalach NFZ. Wyglądają tak samo. Zanim udało jej się strzelić dwie dobre foty to zrobiła z 6 złych. Za każdym razem gdy wcisnęła guzik i maszyna wydała z siebie dziwny dźwięk dziewczyna wracała z uśmiechem krzycząc „Świetnie się spisałeś!” po czym znowu przy pomocy taśmy klejącej przyklejała mi pozostałe palce w dziwnych pozycjach, aby odsłonić ten jeden, który chciała ustrzelić. Swoją drogą to było chyba moje 30 zdjęcie rentgenowskie w ciągu ostatnich 10 miesięcy… Dobrze, że jeszcze nie świecę i nie zostałem przetransportowany do Area 51 na jakieś dodatkowe badania.

Zostałem odprowadzony do swojej małej sypialni, w której to znowu oczekiwałem Pana Doktora. Pan Doktor przyszedł i stwierdził, że chyba mam złamany palec. Chyba, bo na jednych fotach wygląda spoko, a na innych jak złamany, więc pewnie jest złamany aka zmiażdżony. Dzięki za info, Sherlocku. Powiedział, że przypisze mi jakieś lekarstwa i but ortopedyczny, po czym spytał kiedy mogę przyjść na wizytę kontrolną – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie wiem, bo to zależy od tego kiedy ktoś mi pomoże się tu dostać, bo dojeżdżam z Primm a poza tym pracuje od poniedziałku do piątku w godzinach 8am-4pm. Fajnie, bo to prawie tak jak klinika, która działa monday-friday 8am-4:30pm. Usłyszałem „To jak Ty nie wiesz to ja tym bardziej, zapiszę na przyszły tydzień i najwyżej sobie przełożysz.’, spytał się jeszcze czy czuje się na siłach aby powrócić do pracy (oczywiście usłyszał, że tak) i wyszedł. Po paru minutach pojawił się jeszcze inny człowiek, który popatrzył na moją stopę, spytał się jak mi minął dzień i wyszedł. Na szczęście ten wrócił dosyć szybko, bo po jakichś pięciu minutach – w ręku trzymał taśmę klejącą, bandaże i jakiegoś śmiesznego buta.

work and travel usa ubezpieczenie

Śmieszny but

Chciałem raz jeszcze się upewnić, czy na pewno nic za to nie muszę płacić – usłyszałem „Nie wiem, chyba nie.” gdy zaczął mi związywać razem dwa palce celem usztywnienia tego złamanego. Potem dopasowaliśmy bucika, którego podeszwa jest tak śmiesznie skonstruowana, że do chodzenia nie będę używał palców. Chwilę pogadaliśmy o jakichś głupotach i mogłem się już check outować. Przy okienku dostałem receptę, stos papierków do Human Resources i przypomnienie, że mam się stawić w przyszłą środę. Ciekawe kurwa jak ja tu przyjadę bez kogoś z samochodem xD

Primm-Henderson

Cały ten czas przed telewizorem siedział chłopak, który mnie tu przywiózł. Na ekranie pojawili się już inni bohaterowie, ale ci nowi też poświęcali swoje życie w jakiejś zupełnie nierealnej sytuacji z flagą USA i wybuchami w tle. Wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy do najbliższego Walmarta, bo tam Google wskazały aptekę.

W aptece przesłuchanie – co się stało, kiedy się stało, kto mnie zatrudnia, kto jest osobą kontaktową z HR , co robię w USA, jaki jest mój Social Security Number, gdzie dokładnie mieszkam i jaki jest mój numer telefonu. Po jakichś 15 minutach przy okienku Donald, czyli pracownik apteki – z pochodzenia Polak poprosił mnie o moje ID. Wyciągnąłem swój dowód osobisty – nie. Wyciągnąłem swój paszport – sorry, ale nie. Musi być amerykańskie ID, bo przypisują mi – jak to określił – narkotyki, a DEA musi wszystko wiedzieć. Okazało się, że swoje ID może dać kolega, który ze mną przyjechał. Gdy spytał się czy to oznacza, że on będzie jakoś powiązany z moją receptą usłyszeliśmy, że nie. O co chodzi, nie wiem, ale mój towarzysz zaczynał się już bardzo niecierpliwić, bo za półtorej godziny miał jakiś event w Laughlin, Nevada, które jest oddalone od Vegas o jakieś 130 mil. Po zakończeniu całej dzikiej procedury z uśmiechem na ustach zostaliśmy poinformowani, że moje narkotyki będą do odebrania za… godzinę. Niestety mój transport nie mógł tyle czekać, więc dał mi $40 na taksówkę i poleciał do pracy. Podczas obierania mojego ćpania poproszono mnie o ID… którego oczywiście nie miałem. Na szczęście udało się jakoś obejść system i wydali mi je bez tego, choć dziewczyna, która to robiła powiedziała szkolonemu koledze „Nigdy więcej tego nie rób, to jest wyjątkowa sytuacja.”. Udało mi się dopytać klientów Walmartu o numer na jakąś taksówkę – czas oczekiwania 15-20 minut.

Taksówka przyjechała po niespełna godzinie, podczas której zdążyłem już skumulować w sobie takie wkurwienie, że byłem bliski wybuchnięcia. Wszystko idzie nie po mojej myśli, kurwa mać. Miałem nagrać vloga, szukać pracy w Vegas, załatwić dzisiaj sobie Local ID, a zamiast tego spędziłem 7 godzin w przychodni i jebanym Walmarcie i nawet nie wiadomo czy będę mógł pracować. W głowie pojawił mi się plan przyjścia jutro pod wpływem przeciwbólowych w normalnych butach i udawania, że wszystko OK, bo przecież potrzebuję kasy żeby nie zdechnąć tu z głodu! Jakieś 10 mil i $35 później byłem już pod Silver Sevens. Poleciałem do gift shopu po bilet, bo autobus odjeżdżał za 10 minut, czyli o 5:15 pm. Taki chuj, nie sprzedają tu biletów. Zacząłem wydzwaniać gdzie się da, bo na 90% kierowca mnie bez biletu nie wpuści, a tym bardziej nie sprzeda mi go na miejscu. Gdy stałem przed kasynem spotkałem koleżankę, która też właśnie wracała do Primm. Postanowiliśmy, że spróbujemy jakoś namówić kierowcę, żeby mnie wpuścił. Na szczęście facet był w porządku i gdy tylko mu powiedziałem, że wracam ze szpitala kazał mi wsiadać i nie tłumaczyć się więcej. Dobrze trafiliśmy, bo mi się już zdarzyło nie zostać wpuszczonym do busa, a jeden kierowca zostawił innych chłopaków o 12:15am w środku tygodnia pod S7 – mieli bilety, ale nie mieli ze sobą swoich identyfikatorów. Następny bus przyjeżdżał 4 godziny później, a na rano mieli do roboty. Podczas podróży do Primm przysnąłem sobie na chwilę, co rozłożyło trochę mój wkurw i obudziłem się w delikatnie lepszym humorze. Wieczorem na basenie palec zabolał mnie parę razy tak bardzo, że aż jęknąłem z bólu. Wtedy uświadomiłem sobie, że moja jutrzejsza podróż do roboty w Asicsach raczej nie wchodzi w grę, ale nie ma tego złego, bo przynajmniej mam tabletki jak na filmach!

lekarstwa na WAT usa

Moje osobiste filmowe tabletki przeciwbólowe

Rano przyodziałem dwa różne buty, wziąłem ze sobą dokumentację i wybrałem się do pracy. Supervisor odesłał mnie od razu do HR, bo potrzebuje zielonego światła na moją pracę. Człowieka, który miał to zielone światło dać oczywiście jeszcze nie było, więc zostawiłem dokumenty i powiedziałem SV, że mogę normalnie pracować. Odkąd zaczęliśmy grzebać w naszym stanowisku i podwyżce wyszło na to, że nie możemy się nawet dotykać do maszyn, więc moja dzisiejsza praca polegała na przenoszeniu krzeseł tak naprawdę. Strasznie nużące i dłużące się zadanie, ale przynamniej wpadnie jakaś kasa. Na przerwie obiadowej poszedłem do HR podpytać się jak wyglądają sprawy i czy dostanę zapłatę za dzień wczorajszy w związku z tym, że cała ta sytuacja stała się w pracy. Chciałem się również dowiedzieć, czy pomogą mi jakoś przetransportować się w przyszłym tygodniu do szpitala i czy dostanę również za to jakąś część dniówki. Na wszystko odpowiedź brzmiała „nie”. Żadnej dniówki podczas pobytu w szpitalu, żadnego transportu. Mogą mi co najwyżej dać dwa darmowe bilety na autobus. Super pomoc kurwo. Podziękowałem serdecznie za informacje i wróciłem do pracy. Niestety reprezentant sponsora wraca do Kalifornii w ten weekend, więc nie będzie mógł mnie podwieźć, dlatego też spróbuje się wybrać się w weekend do szpitala, który jest 24/7 i może tam będą mogli zweryfikować, czy wszystko OK.

Te dwa dni były dla mnie naprawdę wykańczające psychicznie, bo spierdoliły mi moje plany na najbliższe tygodnie. Nie będę przecież latał ze śmiesznym butem roznosić CV, bo tym bardziej nikt do mnie nie oddzwoni. Wczoraj miałem ochotę naprawdę coś rozjebać, bo moje wkurwienie i zdołowanie sięgało zenitu. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Wybrałem się tu na szkołę życia, która regularnie daje mi tutaj kopniaka w dupę. Raz jest lepiej, raz gorzej – jak to w życiu. Gdy Donald z apteki spytał się mnie jak długo jestem w USA – odpowiedziałem, że tydzień. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że minęły już trzy tygodnie – nawet nie wiem kiedy! A to oznacza, że wykorzystałem już praktycznie 1/6 swojego czasu w USA.

Jak to powiedział dr. Kelso w sitcomie „Scrubs” – „Nothing in this world worth having comes easy.”, więc zaciskam zęby i walczę dalej o lepsze jutro 😉

PS. Po pracy wpadło mi coś na skrzynkę głosową, odsłuchałem to dopiero przed chwilą. Wieści się bardzo szybko rozchodzą, bo facet przedstawił się jako prawnik z firmy zajmującej się odszkodowaniami, który chce porozmawiać o moim ostatnim incydencie, który zdarzył się podczas wykonywania obowiązków w pracy. Witamy w Stanach Zjednoczonych.

 

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
0Email this to someone
email