Jak szukałem pracy w USA, czyli o planowaniu i kadrowych absurdach słów kilka

Plan był bardzo prosty. Przyjechać do USA na początku czerwca, zacząć robotę w Primm, wyrobić szybko dokumenty takie jak Local ID (Dowód Osobisty) i SSN (Czyli coś jak nasz PESEL i NIP, czyli w sumie aktualnie tylko PESEL) i znaleźć pracę w Las Vegas. Niby proste, a jednak coś poszło nie tak.

Spodziewaj się niespodziewanego – w szczególności na drugim końcu świata.

Okazuje się, że moje doświadczenia z urzędnikami w Polsce w ogóle się nie przydają w USA. Biurokracja ma tu zupełnie inny wymiar – czy gorszy, czy lepszy – nie wiem. Za mało miałem do czynienia z urzędami aby oceniać to w skali całego kraju, czy nawet stanu. Wszystko trwało dłużej, niż myślałem. W Warszawie biorąc dzień wolny w pracy byłem w stanie w ciągu godzin otwarcia urzędów załatwić wyrejestrowanie motocykla, złożenie wniosku o międzynarodowe prawo jazdy, o paszport, podjechać na rehabilitację, skoczyć na zakupy i jeszcze odebrać dokumenty od prawnika. Jakim cudem? Przede wszystkim z powodu większej wiedzy. Zamiast ustawiać się w trzech kolejkach jak tysiące ludzi codziennie zarejestrowałem się na stronie urzędu i wszystkie wizyty załatwiłem online – bo można. A dlaczego można? Bo mało kto wie, że można, więc terminy są na następny dzień. Wzrok ludzi z kolejki, którzy widzieli, że wszedłem zadowolony do urzędu, wpisałem jakieś dziwne kody w automacie do biletów i chwilę później mój numerek „SPECJALNY” był wywoływany do odpowiedniego okienka – bezcenny. Oni stali tam od rana, ja załatwiłem wszystkie trzy sprawy w mniej niż godzinę i to i tak przez moją głupotę, bo niepotrzebnie aktywowałem wszystkie trzy spotkania na raz. Mogłem spokojnie się ogarnąć w czasie krótszym niż pół godziny. No ale żyję w Warszawie od urodzenia, ogarniam się w Internetach, dobrze znam miasto, więc poruszanie się komunikacją miejską nie sprawia mi większych problemów, dzięki czemu mogę sobie pozwolić na sprawne planowanie dnia „urzędowego”.

Z jakiegoś powodu założyłem, że w Las Vegas będzie podobnie. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „trzy skrzyżowania dalej” to godzinna podróż na piechotę w upale. Kto czytał moje pierwsze wpisy, ten wie jak było. A jeżeli nie wie, to niech przeczyta 🙂

Podróż z Primm do Las Vegas to nie była „chwila moment” tak jak myślałem – zdarza się i godzinę w jedną stronę. A i jeszcze weź czekaj na busa, który jeździ co godzinę i to też nie cały dzień.

Załatwienie Social Security i Drug Testów wydawało się być bułką z masłem. Wsiąść w autobus w Primm, dojechać do Las Vegas, zmienić autobus, ogarnąć SSN i podejść trzy skrzyżowania do kliniki. Szkoda tylko, że jak wyszedłem z domu o 11 to wróciłem o 21 i nie udało mi się wszystkiego załatwić. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała moje plany – zanim pojąłem jak tu działa komunikacja miejska minęło parę tygodni. Gdy po tygodniu dostałem listem Social Security (po który musiałem wnioskować dwa razy wybierając się na całodzienną podróż) do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze tylko Local ID. W sobotę samego rana wsiadłem w autobus – dwie godziny i trzy przesiadki później dojechałem do Nevada Department of Motor Vehicles czyli amerykańskiej wersji naszego Wydziału Komunikacji. Tak, dobrze czytacie – w urzędzie komunikacji wyrabia się dowody osobiste. Po odstaniu w kolejce okazało się, że brakuje mi jednego dokumentu, bo powinienem mieć trzy kwitki potwierdzające mój adres zameldowania… Było sobotnie popołudnie, więc postanowiłem wykorzystać ten dzień i polatać poroznosić resume (CV) po knajpach i hotelach. Resztę dnia spędziłem latając bezowocnie po Vegas w 40 stopniowym upale, w długich spodniach i ze złamanym palcem. Bezowocnie, bo każda firma, każdy bar i knajpa do której wszedłem miała swój własny dział Human Resources, który zajmował się rekrutacją. Była sobota. HRy zamknięte… Wróciłem w okolicach północy z taką samą ilością resume, z jaką wyjechałem.

Oczekiwanie na autobus pod DMV

Oczekiwanie na autobus pod DMV

Kolejny raz udało mi się do tego urzędu wrócić dopiero parę dni później, wziąłem wolne w środku tygodnia – wtedy wszystko poszło szybko i bezproblemowo – to tylko dlatego, że jeden z kumpli z pracy powiedział mi o tym, że można stanąć w e-kolejce wysyłając smsa do urzędu między 7:45 a 8:00 rano. Na bieżąco byłem informowany o moim miejscu w kolejce i przewidywanym czasie wywołania do okienka, ale o tym dowiecie się więcej w najbliższym wpisie dotyczącym pozytywnych zaskoczeń, które mnie spotkały w USA. Po załatwieniu wszystkiego w DMV szybko wróciłem do centrum w celu znalezienia pracy – jak wielkie było moje zdziwienie, gdy każdy, KAŻDY – dosłownie K-A-Ż-D-Y dział Human Resources poinformował mnie, że swoim wydrukowanym resume, które robiłem przez kilka godzin mogę sobie podetrzeć dupę, bo aby rozpocząć proces rekrutacyjny trzeba wypełnić aplikację online. Tak na dobrą sprawę to godziny otwarcia ich biura potrzebne są tylko tym ludziom, którzy nie mają komputerów i internetu, bo można skorzystać z ich sprzętu. Do Primm znów wróciłem padnięty w okolicach północy.

Employment Center

Employment Center – niech Was nie zmyli nazwa. Tutaj się przychodzi jak już się umówioną rozmowę o pracę. Aplikacje składa się online.

 

Kreatywność ludzi z kadr nie zna granic

Następnego dnia zacząłem wypełniać aplikacje – tutaj natrafiłem na setki absurdalnych pytań i sytuacji, które dosłownie rozjebały mój umysł. Wyobraźcie sobie taką sytuację:

chcecie pracować w firmie X
wchodzicie na stronę firmy X
dział „Kariera”
łał, 30 stanowisk, na które chcę aplikować!
zaznacz stanowiska, kliknij APLIKUJ
przykro mi, ale możesz zaznaczyć max 3 stanowiska, choć nie ma limitu na wysyłanie aplikacji
WTF.exe
wypełniaj 10 razy tę samą aplikację pomimo zarejestrowania na stronie i podania wszystkich swoich danych
każda ma 30 stron
na każdej stronie wpisuj te same dane
pomimo auto-filla wypełnienie jednej zajmuje ok 15 minut
za każdym razem zaznaczaj checkboxy przy tych samych bzdurnych pytaniach:

„czy kiedyś tu pracowałeś?”
„jeżeli tu nie pracowałeś, to czy kiedyś pracowałeś tu pod innym nazwiskiem?”
„czy kiedyś aplikowałeś na jakieś stanowisko w naszej firmie?”
„jeżeli nie aplikowałeś, to czy kiedyś aplikowałeś pod innym nazwiskiem?”
„czy twój stan zdrowia pozwala ci na wypełnianie obowiązków, które będziesz miał na tym stanowisku?”
„zaznacz swój kolor skóry – oczywiście dobrowolnie i tylko dla statystyk, bo jesteśmy EQUAL OPPORTUNITY EMPLOYEE – oczywiście o tym wiesz, bo przecież musiałeś złożyć swoje e-inicjały 15 razy, ale na wszelki wypadek złóż jeszcze TU, TUTAJ, TAM i O TU”

a to wszystko na przerywającym co chwilę hotelowym wi-fi

no kurwa.jpg

Niektóre korporacje mają jeszcze bardziej kreatywne (czyt. popierdolone) i wymagające działy Human Resources, bo przy wypełnianiu aplikacji na sprzątacza i bar-backa w jednej knajpie z piwami musiałem wypełniać test psychologiczny, który trwał ponad 40 minut. Z samą aplikacją udało mi się uwinąć w półtorej godziny.

Aplikacje do samego Hard Rocka - tutaj trzeba było każdą wypełniać osobno. Zwróćcie uwagę na scrollbar po prawej.

Aplikacje do samego Hard Rocka – tutaj trzeba było każdą wypełniać osobno. Zwróćcie uwagę na scrollbar po prawej.


Spędzone dziesiątki godzin na klepaniu apek nie przyniosły rezultatów. Mijały długie dni, tygodnie, a ja nadal nie miałem pracy w Vegas. Dlaczego? Oczywiście nie przyszło mi wcześniej do głowy, że te wielkie korporacje będą mieliły moje dane tygodniami zanim pojawią się ewentualne zaproszenia na interview. Mądrze z mojej strony – zupełnie jakbym nie miał żadnego korpo-doświadczenia i nie wiedział jak się to wszystko odbywa. Powinienem był zacząć je wypełniać pierwszego dnia po przyjeździe, a nie miesiąc później. Większość z nich by przeszła bez SSN, który mógłbym dopisać po otrzymaniu. No ale co zrobisz, nic nie zrobisz Bożenko. Jeżeli będziecie kiedyś w podobnej sytuacji to będziecie wiedzieli, że nie ma co z tym czekać. Większość z nas uczy się na błędach, ale podobno tylko ci bardziej inteligentni uczą się na cudzych 😉

Zbliżała się połowa lipca, czyli prawie półmetek mojej wizy pracowniczej, a ja nadal siedziałem w Primm z jedną pracą, na dodatek chujowo płatną, spędzając popołudnia na spaniu, a wieczory na chlaniu. Zaczynałem mocno wątpić w powodzenie mojej koncepcji. Problemem było to, że nie wziąłem wcześniej takiej możliwości pod uwagę i najzwyczajniej w świecie nie miałem planu B.

Czas na wnioski

Jaki wniosek można z tego wyciągnąć? Zawsze, ale to ZAWSZE miej plan B, a najlepiej i C. Na wypadek gdyby coś poszło nie tak – w szczególności, gdy wybierasz się na drugi koniec świata i może cię zaskoczyć więcej, niż byś sobie wyobrażał w najczarniejszych scenariuszach. Nie można brać swoich planów i wyobrażeń za pewniaki.

Jak bym to wszystko zaplanował mając doświadczenie, które mam teraz?

– Zacząłbym wysyłać aplikacje już w pierwszych dniach po przyjeździe
– Opracował plan B, który zakładałby szukanie pracy w Primm, na wypadek gdyby plan A się nie powiódł.

 

Niestety szukanie pracy na miejscu rozpocząłem dopiero w lipcu.

 

CDN…

 

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
0Email this to someone
email