Dzień drugi (część druga)

BTC, Bonneville Transit Center. Zajezdnia autobusowa z której odjeżdża parę autobusów. Nie wiem ile, ale trochę tego tam jest. Poleciałem do informacji zapytać się, którym autobusem dojadę tam, gdzie chcę. Podałem kobiecie dwa miejsca w które muszę się dostać i poprosiłem o wskazówki. Bez problemu jak debilowi rozrysowała do którego autobusu mam wsiąść i gdzie mam wysiąść. Podziękowałem serdecznie i poszedłem w strone przystanku. Autobus 206 stał w zajezdni, w środku siedzili ludzie, a kierowca gdzieś sobie poszedł. Wsiadłem przednimi drzwiami i próbowałem rozkminić urządzenie do kupowania biletów, napisane było, że bilet dobowy kosztuje $5, więc wsadziłem tę kwotę i nic. Po chwili podleciał do mnie szybkim krokiem jakiś afroamerykański młodzieniec, trochę niepewnie się poczułem, ale chłopak spytał się mnie tylko, która jest godzina a potem wytłumaczył mi, że muszę poczekać na kierowcę, bo on musi coś powciskać żeby mi ten bilet wydrukowało. Wysiadł z autobusu, po czym wsiadł, przeciągnął swoją kartę przez kasownik, który jeszcze przed chwilą wyświetlał wsadzoną przeze mnie kwotę i gdzieś zniknął. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to to, że właśnie doładował swoją kartę za moje $5, ponieważ napis zniknął tak samo, jak ten chłopak. Nic bardziej mylnego. Za swoimi plecami słyszę „Hey, is there anything I can help you with?” i po odwróceniu się widzę stojącą przede mną niską kobietę koło czterdziestki w piaskowo-granatowym uniformie. Dzięki wrodzonym umiejętnościom szybkiej dedukcji i kojarzenia faktów udało ustalić mi się, że jest ona prawdopodobnie oczekiwanym przeze mnie kierowcą autobusu. Oczywiście się nie myliłem. Nazwijmy ją Cindy. Cindy podeszła do swojego kokpitu, wcisnęła dwa guziki i wręczyła mi mój bilet dobowy – zwykły kartonik z godziną ważności i paskiem magnetycznym. Zapytałem się, czy dojadę z nią na róg W Charleston Blvd i S Buffalo Dr – odpowiedziała twierdząco, po czym spytała się mnie skąd jestem. Okazało się, że jej były mąż był Polakiem, a ona pochodzi z Chicago. Po chwili luźnej gadki i standardowego zestawu pytań pod tytułem: co tu robię, gdzie jadę, gdzie będę pracował, dlaczego akurat w Primm podszedł do nas facet koło sześćdziesiątki, który wyglądał jak typowy psychol z filmu z zapytaniem w którą stronę jedzie ten autobus. Cindy odpowiedziała mu, po czym skojarzyła, że skoro ona jedzie 206 East to nie dojadę tam gdzie chcę i muszę jechać z tym facetem 206 West (albo na odwrót, nie pamiętam. Nie ogarniam tych autobusów ani trochę) – pokazała mi, która zatoczka autobusowa mnie interesuje i poleciła czekać tam na busa. Życzyliśmy sobie dobrego dnia, Cindy wsiadła do autobusu i pojechała. Po chwili przyjechał mój dyliżans – chciałem wejść środkowymi drzwiami, ale wszyscy się na mnie spojrzeli jak na debila i po ogarnięciu sytuacji zauważyłem, że wszyscy wsiadają przednimi i kasują bilety na oczach kierowcy. Zrobiłem tak samo i usadowiłem się wygodnie na siedzeniu przy środkowych drzwiach, autobus ruszył.

 

BTC → W Charleston Blvd/S Buffalo Dr

Moja pierwsza jazda komunikacją miejską w Vegas. Ale super. Rozglądam się zaciekawiony widokami za oknem oraz twarzami ludzi. Dwa miejsca obok mnie usiadła jakaś babka, która wyglądała jakby właśnie wróciła z bardzo grubego melanżu, wysuszona, cała wydziarana. Dziarki pomarszczone, widać było, że robione były gdy miała lepsze dni. Rozmawiała przez telefon z mamą, kłóciły się cicho o jakieś duperele. Po chwili pomiędzy nami usiadła jakaś starsza azjatka, zapytała się czy wolne i o lasce dokuśtykała się na nasze miejsce. Przede mną siedział jakiś typ w czapeczce Mickey Mouse Tom&Jerry (dzięki Dex!), który wyglądał jak ukrywający się Walter White połączony z Dr. Housem, gdzieś po prawej w głębi autobusu wyróżniał się facet, który wyglądał jak typowy meksykański gangster z discovery channel.

blog o stanach

Walter House

(Nie jestem fanem wrzucania twarzy ludzi bez ich zgody do Internetu, ale mam nadzieję, że Pan Walter House mi to wybaczy. Wyglądał jakby nic go w życiu nie obchodziło, poza tym ma czapkę, okulary i brodę, więc nie ma co popadać w paranoję.)

Reszta osobników nie budziła mojego większego zainteresowania. Przejechaliśmy ze dwa, może trzy przystanki, gdy do autobusu wsiadła familia w postaci dziewczyny ok. 30 letniej Hawajskiej dziewczyny, 2-3 letniej dziewczynki oraz faceta, który na rękach trzymał niemowlaka. Nie wiem za bardzo jak to się stało, bo chyba byłem za bardzo zaaferowany samym faktem jazdy tym autobusem, ale chyba ta starsza kobieta ustąpiła miejsca tej dziewczynie z dziewczynką, a facet usiadł gdzieś po mojej prawej stronie. Gdy zapytałem się, czy nie chce się zamienić miejscami żeby siedzieć ze swoimi odpowiedział, że nie. No cóż. Nie to nie, nie będę nalegał. Siedziałem wpatrzony w wydrukowane mapy z binga i próbowałem rozkminić jak długo będę jechał tym autobusem i kiedy mam wysiąść. Chwilę przed każdym przystankiem czytane były nazwy dwóch krzyżujących się na następnym stopie ulic, ale nie po pierwsze komunikat był nadawany bardzo cicho, a po drugie był dla mnie zbyt niewyraźny. Próbowałem zlokalizować jakiś rozkład jazdy z nazwami przystanków, albo tablicę na której wyświetlany będzie następny przystanek – bezskutecznie. Spytałem się faceta z dzieckiem na rękach kiedy będzie mój stop, okazało się, że jeszcze kawał drogi i że nadawany będzie komunikat. To super, że będzie nadawany tylko co z tego, skoro ja nic kurwa nie rozumiem. Próbowałem wsłuchać się w nazwy przystanków, gdy poczułem, że ktoś mnie trąca. Była to ta mała hawajska dziewczynka, która nie potrafiła założyć buta, który jej spadł. Pomogłem jej a ta w zamian dała mi jakieś kwiatki. Musiała się chyba kopać własnymi rękoma i nogami, bo była cała ujebana. Oddałem jej kwiatki, próbowałem jej coś powiedzieć, jednak ona nie mówiła chyba za bardzo po angielsku. W sumie to chyba w ogóle nie mówiła. Wydawała z siebie jakieś dźwięki. Jej mama zaczęła mnie przepraszać, ja na to, że nie ma problemu i wtedy dzieciak zaczął się ze mną bawić a jakąś głupią zabawę w stylu „akuku”, strasznie ją to rozbawiło i od tej pory nie dawała mi już spokoju i cały czas chciała się bawić. W tym czasie dwójka towarzyszących jej dorosłych zaczęła wyciągać jakieś brudy, z których można było wywnioskować, że to nie są dzieciaki tego typa, ble ble ble, on odszedł od kogoś ble ble ble i takie tam. Nagle do dyskusji włączył się jakiś czarnoskóry jegomość który do tej pory siedział cicho i opowiedział jakiś dowcip, którego nie zrozumiałem. Chyba nie tylko ja, bo musiał go potem tłumaczyć. Był to jakiś dowcip, który usłyszał siedząc z Sycylijczykami w więzieniu, z którego właśnie wyszedł. W międzyczasie dziecko zaczęło mi już dosłownie wchodzić na głowę, ale byłem bardzo cierpliwy i starałem się jej kulturalnie i grzecznie dać do zrozumienia, żeby mi dała chwilę spokoju, bo próbuję rozejrzeć się gdzie jestem i umiejscowić się na mapie, którą trzymam w ręku. Ze dwa razy musiałem ją łapać, bo stawała na siedzeniu i prawie z niego spadała gdy autobus gwałtownie ruszył, czy przyhamował. Po chwili dziewczynka przerzuciła się ze mnie na swoją mamę, z którą zaczęła się siłować. Facet trzymający dzieciaka na rękach zaczął go całować i mówić „ooo moje dziecko jak dawno Cię nie widziałem” na co dziewczynka się strasznie wkurwiła i próbowała mi na migi powiedzieć, żebym coś powiedział temu facetowi. Zaczepiała mnie, a gdy zwróciłem na nią uwagę pokazywała mi palcem na tego faceta po czym tupała i oczekiwała jakiejś mojej reakcji. Zapytałem się jej „czy to Twoja siostra?” co było wielkim błędem, bo rozpętałem koleją gównoburzę w autobusie pomiędzy jej „rodzicami” xD Co najlepsze nasz współpodróżnik z więzienia rozkręcił się już na dobre i cały czas pierdolił jakieś głupoty. W pewnym momencie do rozmowy dołączył się facet wyglądający jak bezdomny wariat, który chwilę wcześniej pytał się Cindy o kierunek jazdy autobusem. Coś mówił, coś śpiewał o jakimś szatanie i cały czas dziwnie trząsł ręką. A ja siedziałem pośrodku tego wszystkiego.

Po jakimś czasie parka z dzieciakami wyszła, dowcipniś też się ulotnił i nawet kolegi z meksykańskiego kartelu nie było nigdzie widać. Wiele osób wychodząc z autobusu krzyczy do kierowcy „thank you”, oni nie byli gorsi i zrobili to samo po czym udali się w swoje strony. Podszedłem do drivera spytać się kiedy będzie moje skrzyżowanie, facet wyglądający jak Indianin, który ubrał się w normalnym sklepie, ale zostawił wszystkie swoje wisiorki odpowiedział, że „będzie komunikat”, powiedziałem mu, że niestety nie jestem w stanie ich zrozumieć, więc ja postoję tutaj i proszę go o info kiedy będzie moja kolej – z łaską odpowiedział mi, że „Dobrze, ale przecież będzie komunikat…” po czym dodał, że jeszcze dwa skrzyżowania. Zatrzymaliśmy się raz, zatrzymaliśmy się drugi i chciałem wysiadać, ale na wszelki wypadek spytałem się czy to tutaj – okazało się, że nie. Mój przystanek był parę stopów później. Ani trochę nie rozumiałem dlaczego powiedział mi, że dwa skrzyżowania a zatrzymywaliśmy się jeszcze parokrotnie zanim dotarliśmy na moje.

 

Social Security Administration

Okazało się, że razem ze mną wysiadł nasz bezdomny wariat o azjatycko europejskich rysach twarzy. Stanąłem na skrzyżowaniu, wziąłem do ręki mapę i nie za bardzo wiedziałem w którą stronę mam iść, na chodniku nie było nikogo oprócz mojego towarzysza podróży z autobusu, więc nie miałem wyboru. Dowiedziałem sie, że on też idzie do Social Security Administration i też go tu ktoś pokierował, więc razem zaczęliśmy studiować mapę, której legenda w ogóle nie miała sensu. Akurat przechodził jakiś facet, więc go zatrzymaliśmy i spytaliśmy o drogę – nie było daleko. Jakieś 5 minut z buta. Podczas naszej podróży odbyła się standardowa gadka i poleciały standardowe pytania, który zadaje mi każdy. Pocieszył mnie, że może zdążę załatwić też Drug Test, bo o tej godzinie nie powinno być kolejek.

W kolejce przede mną było 50 osób. Odłączyłem się od wcześniej poznanego człowieka i poszedłem usiąść gdzieś w rogu czekając na swój numerek. Wydedukowałem, że skoro przede mną jest 50 osób a kolejka idzie średnio to nie ma fizycznej możliwości żebym zdążył na drug test, który był otwarty jeszcze godzinę, czyli do 4:30pm. Nawet pomimo tego, że udało mi się w międzyczasie znaleźć na liście placówkę, która jest bliżej mojego aktualnego położenia i nie będę musiał się cofać pod Silver Sevens, co by mi zajęło ze dwie godziny. Pogodziłem się z faktem, że będę musiał w sobotę rano wstać i jechać do tej otwartej w sobotę, o której mówiła mi latynoska w busie pracowniczym. Cieszyłem się, że chociaż załatwię SSN’a, bo to jest najważniejsze. Oczekując na swój numerek przeszukiwałem google maps w nadziei na znalezienie ludzi, którzy przyjmą mój mocz do analizy na podstawie jakiegoś świstka. UDAŁO SIĘ! Znalazłem centrum medyczne, które jest ‚dwa skrzyżowania dalej’ i jest otwarte do 6pm! Dzień od razu zrobił się lepszy! Na dodatek moja kolej zbliżała się wielkimi krokami, więc jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja! Uradowany usiadłem bliżej okienek i wtedy dosiadł się do mnie bezdomny azjatycko europejski wariat, który mówił co chwilę ‚cool’. Okazało się, że wcale nie jest bezdomny i że studiuję informatykę pracując w międzyczasie na jakimś stanowisku IT. Trochę dziwne, bo miał z 60 lat, albo tu wszyscy po prostu tak staro wyglądają. Chwilę pogadaliśmy o duperelach i nadeszła jego kolej, więc poszedł.

Po chwili został wywołany mój numerek i informacja, że mam się stawić w okienku nineteen. Wtedy zdałem sobie sprawę z kolejnego absurdu, bo numerki były wywoływane przez osoby siedzące w okienkach i nikt nie wpadł na to, żeby ogarnąć to tak jak w naszych pocztach i urzędach, czyli po prostu WYŚWIETLAĆ KTÓRY NUMEREK MA PODEJŚĆ DO KTÓREGO OKIENKA. Szukam okienka nr 19 i dupa. Najwyższy, który widzę to 15. Podchodzę do wielkiego, czarnego ochroniarza i pytam się czy poprzedni komunikat to był nr 19. Facet odpowiedział jedynie „I wasn’t listening sir.” a gdy ja chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, czyli gdzie jest numer 19, bo może dobrze usłyszałem to powtórzył już trochę bardziej agresywnym tonem „Sir, I wasn’t listening.”, próbowałem się dowiedzieć czegoś jeszcze, ale gdy zacięła mu się płyta, a z każdym jej powtarzaniem ton jego głosu stawał się coraz bardziej przekonujący postanowiłem, że pójdę sobie dalej. Postanowiłem podejść do okienka dziewiątego, bo może źle usłyszałem. Na moje pytanie „Przepraszam, czy wywoływała Pani właśnie numerek XYZ?” usłyszałem odpysknięcie „Jestem w trakcie robienia czegoś, idź sobie i weź kolejny numerek.” – nawet na mnie nie spojrzała. Poszedłem zrezygnowany do maszyny, która wypluła mi numerek o kolejne 40 osób dalszy niż aktualny. Wracając na swoje miejsce kątem oka zobaczyłem jedno otwarte okienko w rogu nad którym widniał numer 19 – może jeszcze nie jest za późno – pomyślałem po czym pobiegłem do okienka. Przeprosiłem faceta, że tak długo czekał i usiadłem. W ogóle nie zwracał na mnie uwagi i mówił do mnie tonem, którego nie powstydziłaby się typowa pracownica ZUSu. Dałem mu swój numerek, a gdy zobaczył, że w ręku mam drugi to myślałem, że mnie zabije wzrokiem. Wytłumaczyłem mu, że nie mogłem znaleźć dziewiętnastki a kobieta z dziewiątki kazała mi wziąć nowy. Przez chwilę bałem się, że będzie mi kazał czekać te 40 numerków, ale zabrał mi z politowaniem ten świstek i chłodnym tonem poprosił mnie o dokumenty. Poklepał coś w komputerze i powiedział, że nie ma mnie jeszcze w systemie SEVIS, więc nie może mi przydzielić SSN i że mam zadzwonić do sponsora i wrócić w poniedziałek. Wyobraźcie sobie moją minę. Kolejne 3-4 dni bez pracy, a pieniądze zaczynają się powoli kończyć, na dodatek HR jest zamknięty w weekend, więc nawet nie dostanę biletów, żeby sobie pojechać do Vegas w weekend. Nic już dzisiaj nie załatwię, dobija 4pm i o tej właśnie godzinie zamykają się wszystkie biura w Primm.

Gdy wyszedłem z urzędu wyciągnąłem telefon, znalazłem numer do biura, które mnie tu ściągnęło i próbowałem coś wyjaśnić. Oczywiście do poniedziałku nic nie uda się z tym zrobić. Super. W międzyczasie wyszedł też mój kolega informatyk o azjatycko europejskich rysach twarzy i chciał jeszcze ze mną pogadać, ale zignorowałem go wkurwiony i bez słowa przyspieszyłem kroku w stronę W Charleston Blvd.

Siusianie do kubeczka

Charleston Blvd

Charleston Blvd

Zapomniałem, że w USA wszystko wygląda jakby było blisko, ale tylko na mapie. Nie wiem ile szedłem do S Rainbow Blvd, ale myślę, że spokojnie były to ze trzy kilometry w pełnym słońcu, ponad 30c z plecakiem. Po drodze zahaczyłem o 7-11 aby uzupełnić trochę płyny i coś zjeść, bo sobie przypomniałem, że jeszcze nic dzisiaj nie jadłem oprócz jakiegoś batonika rano. Bardziej amerykańsko się nie dało – jako prawdziwy kowboj przemierzający nieznane tereny kupiłem sobie beef jerky i do tego butelkę gatorade’a (Gatorade me, bitch!). Amerykanizacja pełną gębą. Przy okazji przetestowałem swoją polską kartę walutową, bo nie wziąłem ze sobą za dużo gotówki z powodu uprzedzeń co do miejsca, w które miałem się wybrać.

Beef Jerky & Gatorade me bitch

Beef Jerky & Gatorade me bitch

Po krótkich poszukiwaniach i zaczepieniu ochroniarza udało mi się ustalić miejsce położenia lokalu, w którym będę mógł się wysikać do kubeczka. Po wejściu musiałem się wpisać na listę, podać godzinę o której przybyłem i poczekać aż ktoś mnie zawoła. Nie czekałem długo – z 5 minut. Wytłumaczyłem po co tu jestem i miła pani Azjatka zaprosiła mnie do pokoiku, w którym mogłem zostawić swoje toboły. Potem zabrała mnie do toalety, przed którą musiałem zostawić w skrytce telefon komórkowy i wszystko inne, co miałem w kieszeniach. Standard – środkowym strumieniem do kubeczka. Zakazała mi dotykania czegokolwiek innego oprócz mojego rozporka. Nie mogłem spuścić wody, umyć rąk, nic. Miałem się odlać i wyjść w celu przekazania jej bezcennego materiału badawczego w postaci ciepłych szczyn. Po oddaniu kubeczka pozwoliła mi spuścić wodę i umyć rączki jak na grzeczne dziecko przystało. Potem musiałem podpisać jeszcze parę dokumentów, zostawić parę inicjałów i gudbaj maj friend, hew e gud łan.

Szybkie zakupy

Po drodze na przystanek postanowiłem wpaść do jakiegoś marketu w celu zakupienia najpotrzebniejszych rzeczy. Powinienem był zrobić to w Wallmarcie, bo jest najtaniej jednak nie miałem zielonego pojęcia gdzie jest najbliższy, a nie mogłem sobie pozwolić na dalsze podróżowanie na ślepo, bo było już po 5pm. Idąc do sklepu zobaczyłem coś, co idealnie obrazuje lenistwo amerykanów. Bankomaty drive-thru. Wolałem nie ryzykować testowaniem reakcji ludzi, którym robię fotę gdy wyciągają hajs z bankomatu, więc postanowiłem przejśc obok z włączonym nagrywaniem udając, że rozmawiam przez telefon.

W sklepie zostawiłem $40 i tak naprawdę to nic szczególnego nie kupiłem. Niestety nie był to Wallmart, więc wszystko było trochę droższe, a potrzebowałem sobie kupić trochę kosmetyków, płynów pod prysznic, mydeł i tak dalej.

Jaki ten świat mały…

Po wyjściu ze sklepu udałem się na autobus 206, o którym to wiedziałem, że jedzie do zajezdni z której mogę pojechać do Primm. Wsiadając do autobusu zobaczyłem znajomą twarz za kółkiem. Cindy! Od razu mnie poznała i spytała się, czy wszystko pozałatwiałem. Opowiedziałem jej super historię mojego dnia dzisiejszego, po czym zaczęliśmy poruszać różne tematy, między innymi jazdę na gapę i brak honoru u ludzi, którzy jeżdżą autobusami a za nie nie płacą. Zupełnie inna mentalność. U nas kanary to chuje, a tutaj ludzie, którzy jeżdżą bez biletów tu chuje. Ma to zapewne wiele wspólnego z podejściem do rządu i rządzących. Anyway – Cindy nie dała sobie w kaszę dmuchać i gdy zobaczyła faceta wsiadającego z zamkniętym piwem w papierowej torebce poinformowała go, że jeżeli zobaczy na kamerze, że je otwiera to ‚będziemy mieli problem’. Później okazało się, że nie chodzi o sam fakt spożywania alkoholu w autobusie, tylko o jakiekolwiek płyny, bo dziewczynę wielkim kubkiem coli również cofnęła do śmietnika. No liquids in the bus i chuj. Nie ma odstępstw. Jak coś się może wylać, to nie może się znajdować w autobusie. Co ciekawe przy wejściu znajdują się śmietniki. Ale do śmietnika nie można wyrzucić takiej coli, bo znajduje się on w autobusie, a jak dobrze wiecie – no liquids in the bus. Potem pogadaliśmy trochę na temat wspaniałego kraju jakim jest Polska, bo stąd pochodził jej były mąż (z tego co zrozumiałem to poznali się gdy on był na wizie studenckiej) no i oczywiście o kiełbasie, bo wszyscy kochają kiełbasę. Cindy kręciła bekę z bezdomnych wariatów na przystankach, którzy na nią machali i wkurwiała się na ludzi, dla których zatrzymywała się na przystanku, otwierała drzwi, pytała się takiej starszej kobieciny czy czeka na busa, a ona na to, że „no”.

Drive-Thru ATM

Drive-Thru ATM

Wszyscy przechodzili pierwszymi drzwiami i szli w głąb autobusu, a ja jako uprzywilejowany znajomy mogłem sobie stać obok niej i gawędzić o głupotach. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na przystanku i do naszego wozu wsiadł… Wsiadło coś. Niskie to było, miało latynoskie rysy twarzy, z brodą, ale ubrane jak kobieta. Nie wiem co to było. Ni to chłop, ni baba. Wydawało mi się, że podszedłem do tego tematu dosyć neutralnie, ale chyba jednak natury nie da się oszukać, bo gdy tylko nasz nowy pasażer poszedł sobie na piętro autobusu Cindy wybuchnęła śmiechem i powiedziała, że widziała moją minę i że była bezcenna. Potem dodała, że to jest nic i że na Stripie i Hollywood blvd zobaczę rzeczy zdecydowanie gorsze i bardziej dziwne. Nagich transwestytów i takie tam. Miasto grzechu kurwa jego mać. Potem mimochodem spytałem się o najbliższego Wallmarta – okazało się, że jest za trzy przystanki. Plan podróży został więc zmieniony i chwilę później pożegnałem się z moją nową koleżanką i poszedłem zobaczyć o co chodzi z tym słynnym Wallmartem. Zanim jednak to zrobiłem spytałem się Cindy, czy mogę jej cyknąć fotkę. Zgodziła się bez problemu:

Cindy the bus driver

Cindy the bus driver

Wallmart

W Wallmarcie w sumie było wszystko to, czego się spodziewałem. Było wszystko, było dużo i było tanio. Kupiłem sobie na szybko dwie koszulki FOTLa i jakiś pięciopak bielizny – z FOTL mam dobre doświadczenie jeżeli chodzi o dobre jakościowo ciuchy, które są bez kompletnie żadnych nadruków, lecz na razie ograniczałem się tylko do bluz czy koszulek, zobaczymy jak z bielizną – muszę trochę teraz przyoszczędzić kasy, bo wypłata przy dobrych wiatrach za dwa i pół tygodnia. Jeżeli nie kojarzycie to Fruit of The Loom to firma, której ciuchy są często używane do robienia na nich nadruków i dalszej sprzedaży. Do tego dopchałem parę jakichś batoników i jeszcze więcej zupek chińskich. Mają strasznie irytujące wózki. Nasze mają cztery kółka ruchome, a te mają trzy. Jedno ma jakąś dziwną blokadę, nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi, ale strasznie niewygodnie się tym gównem skręcało. Przy kasach oczywiście miliard osób, niektórzy po dwa wózki załadowane do pełna, do tego 5151251 kart zniżkowych, które kasjer musiał zeskanować przed podaniem kwoty do zapłaty, więc postanowiłem w końcu wyciągnąć z plecaka słuchawki i puścić sobie coś dobrego, bo cały dzień słuchałem tego, co się działo na mieście i nie chciałem sobie blokować odbierania nowych doświadczeń poprzez rozjebanie muzyki w słuchawkach. Gdy podrygiwałem wesoło do Whiskey In The Jar jakieś meksykańskie tłuste dziecko, które stało z rodziną przede mną w kolejce zaczęło się bawić moim wózkiem, co zaczynało mnie już delikatnie irytować, ale na szczęście gdy jego matka zobaczyła mój wzrok to szybciutko zabrała swojego tłuścioszka i kazała mu się bawić jej wózkiem.

W międzyczasie dowiedziałem się o co chodzi z tymi wózkami…

Wózek w Wallmarcie

Wózek w Wallmarcie

Powrót do Primm

Wsiadłem do 206, w którym oczywiście po chwili rozpoczęła się jakaś dyskusja. Nie jestem pewny o czym dokładnie była mowa, ale o jakimś chłopaku, który popełnił jakieś morderstwo chyba. Zapewne coś z wydarzeń ostatnich dni. Zaczęło się od rozmawiających dwóch osób, a skończyło na połowie autobusu dywagującej na temat słuszności decyzji sądu. Gdy dojechaliśmy na zajezdnię robiło się już powoli ciemno. Podskoczyłem szybko do ochroniarza i spytałem się gdzie zatrzymuje się bus do Primm – okazało się, że dokładnie tam, gdzie ten, który przyjeżdża z Primm. Odjechał na moich oczach. Jakby tego było mało to był jeden z tych dwóch autobusów w ciągu dnia, który ma dwie godziny przerwy. Była 7pm, byłem w miejscu, które wyglądało jak Groove Grove Street i moją perspektywą było spędzenie tu dwóch najbliższych godzin. Not good at all.

Poleciałem znowu do ochroniarza z zapytaniem czy jest tu jakiś bus guide, bo nic nie ogarniam. Był do kupienia za $1.Książeczka całkiem gruba i mały skrót bus guide w formie mapy. Usiadłem sobie na ławce znajdującej się nieopodal zajezdni i w blasku zachodzącego nad Groove Grove Street słońca próbowałem zrozumieć coś z tego, co było tam pokazane.

Mapa o zachodzie słońca xD

Mapa o zachodzie słońca xD

Nie udało się. Poleciałem więc na zajezdnię i dowiedziałem się który autobus jedzie pod Silver Sevens. Pomyślałem, że wolę przeczekać w kasynie i złapać busa pod S7 niż spędzić tutaj najbliższe 2h. Powtórzyła się znowu sytuacja – stoi ktoś ze mną na przystanku, rozmawiamy w najlepsze po czym podjeżdża bus a ten człowiek zamiast kontynuować rozmowę mówi good luck i siada parę miejsc dalej. Albo ja w jakiś sposób daje nieświadomie tym ludziom do zrozumienia, że nie chcę już z nimi gadać, albo oni tak po prostu mają. Nie wiem. Parę minut później facet, który gadał ze mną na przystanku gaworzył już z jakimś kolejnym pasażerem, więc tu nie chodzi o fakt gadania w busie. Pod S7 dojechałem jakieś 40 minut później, skoczyłem do sklepu po piwo, które miało być idealnym trunkiem na zwieńczenie dzisiejszego męczącego dnia. Wybrałem budwaisera, bo chyba bardziej amerykańskiego piwa nie ma, a nie miałem okazji go spróbować.

Badłajzer

Badłajzer

Pokręciłem się chwilę po kasynie bez celu, poobserwowałem siedzących w nim ludzi, posłuchałem zespołu, który akurat dawał koncert i grał „Don’t stop believing” Journey i aż chyba uroniłem mentalną łezkę szczęścia w swym umyśle, bo uświadomiłem sobie, że pomimo tego, że dzisiejszy dzień dał mi mocno w kość i nie wiem kiedy zacznę tu zarabiać jakieś pieniądze na życie to siedzę właśnie w kasynie na środku Las Vegas i słucham wykonywanego na żywo coveru Journey. Z uśmiechem na mordzie poszedłem rozłożyć się ze słuchawkami na uszach na murku przy wejściu do kasyna. Autobus miał być za godzinę, a ja potrzebowałem na chwilę zamknąć oczy i się zrelaksować.

Silver Sevens

Silver Sevens

Do Primm wracałem już w kompletnych ciemnościach z całkiem sporą grupą pracowników jadących na nocną zmianę. Chwilę się w nim przespałem – w drodze do swojego pokoju spotkałem dwóch znajomych z którymi poszedłem na stację po browar i pogadać przy basenie. Po chwili dołączyło się paru studentów, którzy tu pracują. Ekipą z Serbii, Mołdawii i Tajlandii. Wypiliśmy po piwku, pogadaliśmy o głupotach i poszliśmy w swoje strony. Chłopaki rano szli do roboty. Ja oczywiście nie 🙂

Dzień trzeci, czyli sobotę postaram Wam się opisać w wolnej chwili. Poznałem dzisiaj rano jednego ze swoich współlokatorów, a oprócz tego to cały dzień się kręciłem w kółko po sklepach i pisałem tekst, który właśnie czytacie. Pierwszą część z samego rana, drugą w nocy. Mogę sobie teraz na to pozwolić, bo nie mam kompletnie nic do roboty do poniedziałku, ale będę musiał z pewnością trochę skrócić te opisy w najbliższej przyszłości i zmniejszyć ich częstotliwość, bo pisanie tych dwóch części zajęło mi ładne parę godzin. Wybaczcie brak redakcji, powtórzenia i jakieś błędy w składni, ale nie mam siły tego sprawdzać. Będę jednak wdzięczny za ich wytykanie. Mam chyba gdzieś jeszcze dwa bilety do wykorzystania, jeżeli będę mógł sobie pozwolić na to finansowo to może jutro odwiedzę centrum Vegas w ciągu dnia 😉

Liczę na Wasze komentarze i oceny, bo tak jak pisałem wcześniej – nie mam żadnego doświadczenia w skrobaniu takich postów i nie wiem jak mi to wychodzi. Sugestie mile widziane.

Przypomnę jeszcze tylko, że vloga z dnia pierwszego mam nagranego, ale nie mam jak go zuploadować 🙁

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someone
  • Tomek Karpiarz

    Odnośnie części opisowej: Nie znalazłem rażących błędów składniowych ani innych błędów językowych. Przyjemnie się czyta
    Odnośnie ogółu- czytam, czytam i ciągle mi mało 😀 Podoba mi się 😀

  • Mikołaj Draszek

    Cash, czyta się to mega dobrze. Jak dla mnie wcale nie musisz skracać, bo im więcej do czytania, tym lepiej, bo bardzo fajnie Ci to wychodzi.

    Ja błędów w składni, czy czegoś tego typu nie znalazłem, raz prawdopodobnie coś Ci się skasowało, ale sens zdania dało się spokojnie ogarnąć. Konkretnie mówię o momencie „Chwilę przed każdym przystankiem czytane były nazwy dwóch krzyżujących się na następnym stopie ulic, ale nie(…) po pierwsze komunikat był nadawany bardzo cicho, a po drugie był dla mnie zbyt niewyraźny. ” W miejscu nawiasu chyba coś miało jeszcze być, czy nie załapałem czegoś, co było ukryte we wcześniejszych zdaniach?

    Anyway, good job mate, wanna moar 😀

  • Stasiek Mróz

    Foto biletu :D?

  • Czyta się świetnie, zdjęcia robią klimat. Co do wydarzeń – biurokracja i mentalność urzędnicza jest uniwersalna niezależnie od kraju, więc się nie przejmuj. Będziesz kombinował jakiś samochód? Wynajęcie jakiegoś grata lub nawet kupienie kupy złomu może summa summarum wyjść bardziej opłacalnie niż jazda busami.

  • KubaTMozg

    Świetnie się czyta 😀 Jakby opowiadał dobry kumpel. Nawiązania do Breaking Bad i San Andreas pokazują że gdzieś daleko jest tak, jak widzimy w tv, serialach czy internecie.
    Podziwiam odwagę. Powodzenia!

  • dexter20

    Nie no. Ogólnie idzie Ci to pisanie wyśmienicie. Trzymaj dalej przynajmniej taki poziom.
    Aha. Mickey Mouse od Jerrego to Ty odróżniaj 😉

  • Cash

    Już poprawiłem. Dzięki mordko!

  • Cash

    To „nie” musiało się tam znaleźć przypadkiem. Dzięki wielkie za uwagi! 🙂

    Będę musiał skracać, bo więcej pisania = więcej czasu 😛 A może mi go niedługo zabraknąć!

  • Cash

    Daily Pass kosztuje $5, więc taniej raczej nie będzie. Z pewnością bezpieczniej, ale raczej mnie nie będzie na to stać a najbliższym czasie 🙂

  • Cash

    Już poprawiłem. Dzięki mordko!

  • Cash

    Daily Pass kosztuje $5, więc taniej raczej nie będzie. Z pewnością bezpieczniej, ale raczej mnie nie będzie na to stać a najbliższym czasie

  • Cash

    To „nie” musiało się tam znaleźć przypadkiem. Dzięki wielkie za uwagi!

    Będę musiał skracać, bo więcej pisania = więcej czasu A może mi go niedługo zabraknąć!

  • Cash

    Dzięki! Jest mi niezmiernie miło 😉

  • Cash

    Dzięki!

  • Martino

    Jak tak czytam, to przypominają mi się opowiadania Charlesa Bukowskiego. 🙂

  • Adam Wojciechowski

    Przyjemnie się czyta 😀
    Obyś sobie poradził. Pozdro 😉

  • Manto Libre

    Super super Cash :)Ta Cindy na focie to jak meksykański gangster.
    Jest tych świrów jak widzę w stanach i mentalność zupełnie inna niż u nas.
    Fotki które robisz są bezcenne.
    Domyślam się jak mogłeś się czuć po całym dniu siedząc w Vegas hehe.Zajebiste uczucie:)
    Zajebiście lekko mi sięCiebie czyta i jestem ciekaw co będzie zaraz:)
    Pozdro Cash;)

  • Kuba Bochański

    Spoko się czyta,będę sprawdzał,ciekawe to 😉