Dzień piąty

Dzień piąty

 

Drogi pamiętniczku,

Wstałem koło 9 rano, za oknem jak codziennie pełne słońce i bezchmurne niebo. Zobaczyłem jakiś miliard powiadomień od Was, że blog nie działa. Wkurwiony z samego rańca posłałem parę szybkich maili i udało się naprawić sytuacje. Na szczęście był zrobiony backup, bo w przeciwnym wypadku uploadowanie zdjęć od nowa mogłoby kompletnie zabić moje Internety, które w przybliżeniu wystarczą mi na następne dwa dni. Potem szybkie śniadanie w postaci płatków i mleka, prysznic i lecimy do HRów.

W dziale Human Resources odbywało się chyba jakieś spotkanie motywacyjne, bo za biurkiem siedział tylko jeden facet, który kompletnie nic nie ogarniał a z jednego z pomieszczeń co chwile wydobywały się okrzyki radości i oklaski. Mam wrażenie, że mówili o wynikach z danego miesiąca, czy coś w tym stylu. Strasznie wydawali się być podjarani tym faktem, bo krzykom i oklaskom nie było końca. Chciałem się dowiedzieć, czy powinienem załatwić coś jeszcze gdy będę w mieście, ale niestety facet nic nie wiedział i jedyne co mógł mi zaproponować to podane numeru do biura, żebym zadzwonił później, gdy już skończą swoje spotkanie. Przekazałem mu dokumenty potwierdzające fakt nasikania do kubeczka i poleciałem na autobus, który miał mnie zawieźć do BTC, a potem dalej do Social Security Administration.

Po ponownym zgubieniu się w labiryncie pracowniczych korytarzy dotarłem w końcu na przystanek. Autobus miał przyjechać za 10 minut. Zauważyłem nieopodal znajomo wyglądającą mordkę, więc postanowiłem podejść bliżej i pogadać. Okazało się, że to kumpel z Mołdawii z jakimiś dwiema dziewczynami – miał zabandażowaną rękę co mnie zdziwiło, bo widzieliśmy się dosłownie parę godzin wcześniej i wszystko z nim było ok. Po podejściu do nich dowiedziałem się już co i jak. Dwie dziewczyny stojące z nim to studentki z Macedonii, a jego ręka uszkodziła się podczas prób jazdy na deskorolce kupionej chwilę wcześniej przez dziewczynę z Tajlandii. W nocy rozeszliśmy się ekipą praktycznie pod jego domem, ale on wchodząc na górę zobaczył deskorolkę i oczywiście nie mógł się powstrzymać żeby nie nauczyć się nią jeździć. Efekty tej nauki były widoczne gołym okiem 😉 Na szczęście chyba nic poważnego, więc nie musiał iść do Emergency Roomu, który pomimo posiadania ubezpieczenia kosztuje $250, bo jest coś takiego jak współpłacenie. Okazało się, że będę miał towarzystwo przez część podróży, bo jechali załatwić sobie Health Card, które pozwoli im pracować z jedzeniem w drugiej pracy.Też będę musiał sobie coś takiego załatwić jak dostanę jakąś wypłatę, bo może się to przydać. Ogólnie to wszyscy studenci są tutaj ratownikami, ja jako jedyny postanowiłem spędzić czas pracy w klimatyzowanych pomieszczeniach czyszcząc popielniczki. Czy to był dobry wybór – zobaczymy.
Podróż autobusem minęła całkiem przyjemnie na zapoznawaniu się ze sobą. Na BTC podeszliśmy do okienka, żeby dowiedzieli się jak muszą jechać, ja dla pewności zapytałem się czym mam jechać i się rozeszliśmy. Poszedłem do swojego ulubionego 206 West z nadzieją ujrzenia Cindy za kółkiem, jednak nie trafiłem na nią. Zamiast niej była jakaś inna, czarnoskóra kobieta – zauważyłem, że dosyć sporo kobiet jeździ tutaj autobusami. Gdy znalazłem już swoje miejsce do siedzenia do kierowcy podeszła starsza pani chodząca o balkoniku z zapytaniem o drogę do szpitala – mój autobus nie jechał przez szpital więc została odesłana z informacją którym autobusem ma jechać. Ruszyliśmy – gdy wyjeżdżaliśmy z zajezdni autobus się zatrzymał, a driverka otworzyła przednie drzwi i krzycząc pytała się innego kierowcy, czy starsza pani z balkonikiem na pewno do niego dotarła i poinstruowała go gdzie ma ją wysadzić. Mała rzecz, a cieszy 😉
Sama jazda w stronę Buffalo i Charleston upłynęła bardzo spokojnie. W autobusie było względnie pusto, więc założyłem słuchawki na uszy i wsłuchiwałem się w to, co mi akurat wybrał telefon. Nie pamiętam czy już wcześniej o tym wspominałem, ale ludzie bardzo często wysiadając dziękują kierowcy za jazdę i życzą miłego dnia. Dwie siedzące przede mną starsze Panie poszły o krok dalej, bo wychodząc podchodziły do każdego kogo miały na swojej drodze i życzyły miłego dnia. Znowu się człowiekowi tworzył banan na ryju 😉
Jako, że nadal nie za bardzo ogarniam tego kiedy zatrzymują się autobusy to poprosiłem kierującą aby wysadziła mnie na Buffalo/Charleston co oczywiście nie było dla niej żadnym problemem. Razem ze mną wysiadł jeszcze jeden facet, który też zmierzał w kierunku SSN Administration.

To, co ujrzałem dochodząc do budynku nie napawało mnie jakimś strasznym optymizmem, bo przed budynkiem w cieniu byli pochowani ludzie sączący jakieś zimne napoje. To mogło oznaczać tylko dwie rzeczy:
a) W budynku nie można pić, a wszystkim im akurat zachciało się uzupełnić płyny, więc wyszli na zewnątrz w celu ich konsumpcji.
b) W środku jest taki tłum ludzi, że nie ma gdzie stać.

Zgadnijcie, która z odpowiedzi okazała się poprawna. Dla ułatwienia łapcie zdjęcie z urzędu:

Social Security queue

Kolejeczka w SS Administration

Po wzięciu numerka okazało się, że przede mną jest jakieś 200 osób. Super. Postanowiłem w trybie natychmiastowym ucieć z tego miejsca i pójść coś zjeść, bo zgłodniałem. W drzwiach spotkałem faceta z który jechałem autobusem, więc poinformowałem go tylko, że w kolejce stoi ponad 200 osób i poszedłem dalej – McDonald’s był nieopodal na skrzyżowaniu, więc padło na niego. Wybrałem sobie jakiegoś Quarter Poundera, co było wielkim błędem, bo kosztował mnie ponad $7 w zestawie, a w ogóle się nim nie najadłem pomimo tego, że zeżarłem do tego powiększone frytki. Musiałem dokupić sobie jeszcze dwa cheeseburgery żeby uznać to za sensowne drugie śniadanie więc wyszło mnie to łącznie okolice $10 – nie najlepiej biorąc pod uwagę fakt, że moją pierwszą wypłatę dostanę dopiero za trzy tygodnie, a cały czas lecę na oszczędnościach z PL. Ciekawe w maku jest to, że mają trochę inny wybór napojów, a w każdym fast foodzie, który znalazłem ‚wielka dolewka’ jest w standardzie i płaci się po prostu za plastikowy kubek do którego się wlewa co się chce i w jakich ilościach się chce.

 

mcdonalds w usa

Piciu

Po skonsumowaniu żarcia poprzedzonego śmieszkowaniem z kasjerką postanowiłem sprawdzić darmowe wifi. Ze smutkiem stwierdziłem, że nadaje się jedynie do fejsbuka, bo 0.5mbit uploadu wykluczało jakiekolwiek działania vlogowe :(. Dolałem sobie więcej powerade’a po czym udałem się w podróż powrotną do Social Security Administration. Przede mną było jeszcze około 120-130 osób, więc znalazłem sobie kawałek wolnego miejsca do siedzenia, ze słuchawkami na uszach przytuliłem się do plecaka i przysnąłem. Zauważyłem, że w Nevadzie nie jest to nic dziwnego. Tutaj wszędzie ktoś śpi. W outlecie widziałem normalnie, dobrze ubranych ludzi śpiących na ławkach, pod którymi znajdowały się ich zakupy z okolicznych sklepów odzieżowych – mi się to podoba, bo mam problem z wyspaniem się tutaj i sypiam po 5 godzin, więc mała drzemka w urzędzie zregenerowała moje siły. Gdy się przebudziłem przede mną było jakieś 30 osób, więc zdjąłem słuchawki i uważnie wsłuchiwałem się w nawoływania płynące z głośników. Kobieta, która mnie wywołała okazała się być dużo bardziej przyjemna, niż facet z piątku. Dałem jej wszystkie wnioski, paszport, DS2019 i wyraźnie poddenerwowany czekałem na to, czy znajdzie mnie w systemie. Z uśmiechem na ustach poinformowała mnie, że mogę się już przestać martwić, bo wszystko jest ok. Wydrukowała mi potwierdzenie złożenia wniosku o Social Security Number, który mam przekazać pracodawcy i życzyła miłego dnia. Odchodząc zapytałem się jeszcze gdzie tu jest najbliższy oddział Bank of America – nie miała zielonego pojęcia.

Gdy wyszedłem wybijała 3pm, więc od mojego wyjechania z Primm minęły już ponad cztery godziny, a temperatura przekraczała właśnie 40 stopni celsiusza. Skoczyłem do 7-11 po butelkę wody i udałem się na przystanek, na którym podszedł do mnie facet, który wcześniej jechał ze mną autobusem i zagadał odnośnie tego, że wcale nie było tak źle i cieszy się, że udało mu się dzisiaj wszystko załatwić, bo już się bał, że nie zostanie dzisiaj obsłużony (urząd zamykają o 4pm) – opowiedziałem mu swoją historię z załatwieniem SSN i zapytałem się o Bank of America. Nie miał zielonego pojęcia. Raz jeszcze sprawdziłem dla pewności google maps i gdy podjechał autobus poprosiłem kierowce, żeby powiedział mi kiedy będziemy się znajdowali na podanym przez mój telefon skrzyżowaniu. Po wyjściu z autobusu krążyłem jakieś 15 minut w poszukiwaniu banku, na którym stałem według mapy google. Zapytałem się jeszcze dwóch osób, nikt nie słyszał o żadnym banku w okolicy, więc zrezygnowany poszedłem z powrotem na przystanek. Autobus, który podjechał był praktycznie pusty, więc po zadaniu standardowego pytania „Czy na naszej trasie jest jakiś Bank of America?” i usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej udałem się na piętro autobusu, bo jeszcze nigdy nie miałem okazji jeździć double deckerem w USA. W sumie spoko, fajnie tak wszystko widzieć z góry ;). Na kolejnych przystankach dosiadali się kolejni pasażerowie i gdy podróż trwała już dosyć długo zapytałem się, czy jesteśmy daleko od skrzyżowania Charleston i Decatur – okazało się, że to jeszcze dwa przystanki więc zszedłem na dół oczekując na swoją kolej. Gdy zbliżaliśmy się do wspomnianego wcześniej skrzyżowania autobus zatrzymał się i kobieta kierująca busem krzyknęła do mnie, że muszę wyjść przednimi drzwiami, bo tutaj chciałem się dostać. Nie zrozumiałem za bardzo co się właśnie dzieje, więc podziękowałem i wyszedłem z autobusu. Stałem pod Bank of America i dopiero po chwili dotarło do mnie, że tutaj nie ma nigdzie przystanku autobusowego, więc zatrzymała go na środku drogi po to, żebym nie musiał tutaj iść z bus stopa, który znajdował się jakieś 3 minuty drogi stąd. Zajebiście 😀
Dla porównania w Polsce kierowca ma zakaz wpuszczania bądź też wypuszczania pasażerów w miejscu innym niż wyznaczona do tego linia przystanku pod groźbą [chyba] sporych kar finansowych – mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło, żeby mnie ktoś wpuścił do autobusu poza przystankiem. Powiem więcej – gdy miesiąc temu spieszyłem się odebrać swoją wizę to kierowca autobusu ruszył METR z przystanku i stał na czerwonym świetle, ja do niego dobiegłem i przez szybę prosiłem go, żeby mnie wpuścił to mnie kompletnie zignorował i dalej stał na czerwonym dobrą minutę – znajdował się METR od przystanku. Ja musiałem po raz kolejny przełożyć odebranie wizy, bo pracowałem do 16, a odbiór był do 17, więc nie miałem po co czekać na kolejnego busa, który miał być 20 minut później.
Po wejściu ujrzałem całkiem sporą kolejkę do okienka, na szczęście po chwili podszedł do mnie jakiś facet z tabletem, zapytał się o moje dane i cel przybycia, wziął paszport, który oddał dwie minuty później i polecił mi usiąść i chwilę poczekać na jednego z pracowników. Po paru minutach podeszła do mnie około 30 letnia latynoska imieniem Gabriela i zaprosiła do swojego biurka celem dokonania wszystkich formalności. Nie zagłębiając się w szczegóły cały proces przebiegł w przemiłej atmosferze, choć trwało to ponad godzinę, bo jako, że nie mam jeszcze SSN to musieli zdobywać jakieś kody autoryzacyjne z centrali itd. W międzyczasie poruszaliśmy wszystkie możliwe tematy, pytała się o kraj z którego pochodzę, co studiuję, jak mi się podobają stany – ja pytałem o rzeczy z innej paki, a mianowicie o to czy jej zdaniem powinienem poszukać czegoś w Vegas, ile płaci za mieszkanie tutaj ($650/miesięcznie za dom dla całej rodziny 3 sypialnie, 2 łazienki, duży pokój i garaż – WTF), czy podoba jej się moje Resume i co w USA mogą robić nielegalni imigranci. Okazało się, że nielegalny imigrant może sobie założyć konto w banku, a w niektórych stanach nawet i zrobić prawo jazdy. Słyszałem o tym kiedyś wcześniej, ale teraz dostałem kolejne potwierdzenie, że bycie illigalem w USA wcale nie musi być takie straszne. Powiedziała, że „dopóki jesteś w porządku i płacisz podatki to nikt się do Ciebie nie przyczepi.”. Sam proces zakładania konta był dosyć dziwny, bo musiałem wiele rzeczy wypełniać na jej komputerze, wpisywać hasła zabezpieczające, wybierać pin i wiele innych rzeczy, które opiszę innym razem. Po wszystkim musiałem dokonać wpłaty w wysokości 25USD w celu aktywowania konta. Kartę, na której znajdowały się te pieniądze dostałem od ręki z informacją, że spersonalizowana z moim imieniem i nazwiskiem przyjdzie do mnie pocztą w ciągu tygodnia.

Po wyjściu zadzwoniłem do poobijanego kumpla z Mołdawii, bo wcześniej ustawiliśmy się na zakupy w Wallmarcie. Okazało się, że już w nim jest, a ja byłem 5 minut z buta od wejścia do sklepu, więc spotkaliśmy się na miejscu. Całe zakupy minęły w atmosferze sielankowej a ja parę razy się popłakałem ze śmiechu. Jako, że też jest pozytywnie popierdolonym człowiekiem to szybko znaleźliśmy wspólny język pomimo jego łamanego angielskiego. Gdy wypatrywałem najtańszej poduszki i pościeli do akcji poszukiwawczej dołączyła się również pracownica Wallmartu. Udało się znaleźć poduszkę za $5, ale niestety pościel kosztowała $13-15. Wracając do swojego wózka natknąłem się na spory kocyk za $6 i z zacieszem na mordzie krzyknąłem do niej „This pillow and blanket’s gonna change my life!” – strasznie musiało jej się to spodobać, bo ryknęła śmiechem na pól sklepu, a Mołdawia się składała na półkach zwijając się z bólu brzucha. Nie ma sensu żebym opisywał tutaj ze szczegółami, bo były to żarty sytuacyjne, które najzwyczajniej w świecie nie będą Was bawiły, ale ogólnie to dwóch debili po 2x lat ścigających się na wózkach po sklepie.

work and travel usa zakupy

Najważniejsze rzeczy

Po uronieniu łzy żalu i rozpaczy przy płaceniu za zakupy udeliśmy się na przystanek. Był tylko jeden problem… Była 6:20, a o 7:00 odjeżdżał z BTC bus do Primm. Kolejny był o 9pm, a my byliśmy od stóp do głów załadowani zakupami. Z każdą minutą byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni, a busa nie było widać na horyzoncie. Do naszej rozmowy dołączył się sześćdziesięcioletni Amerykanin niemiecko-irlandzkiego pochodzenia, który pogadał z nami o tym, co wszyscy. Bus przyjechał o 6:40, więc już całkowicie straciliśmy nadzieję na to, że zdążymy na busa o 7pm. Gdy gadaliśmy o jakichś głupotach dosiadł się do nas facet z przystanku i powiedział nam, że strasznie rzucamy się w oczy i żebyśmy uważali na siebie w tym mieście, bo widać, że nie jesteśmy stąd i ludzie mogą chcieć to wykorzystać, a on chce żebyśmy wrócili cali i zdrowi do swoich domów. Trochę mnie to zastanawia, bo to nie pierwszy, nie drugi i nawet nie dziesiąty raz kiedy ktoś poznany na ulicy mówi mi, żebym uważał na siebie i nie ufał za bardzo ludziom dookoła, a w szczególności nigdzie za nimi nie szedł. Mam nadzieję, że nie będę się miał nigdy okazji przekonać skąd się wzięły te wszystkie ostrzeżenia.
Do BTC dojechaliśmy o 6:58, więc parę osób z busa nam kibicowało żebyśmy zdążyli, gdy obładowani siatami z niego wybiegliśmy. Na miejscu spotkaliśmy dziewczyny z Macedonii, które też przerażone starały się dotrzeć na 7:00. Stoimy na przystanku – 7:05 – pusto. 7:15 – pusto… Podeszliśmy do chłopaka, który stał nieopodal i okazało się, że on również chce się dostać do Primm, ale też przyszedł prawie na styk i nie wie, czy bus nie odjechał przypadkiem równiutko 7:00. Wykonał jeden telefon i okazało się, że są jakieś problemy techniczne i ktoś po nas przyjedzie za parę minut. W międzyczasie podeszła do nas grupka czarnoskórych – jeden z nich trzymał w ręku dolara i pytał się dziewczyn, czy nie chcą odsprzedaż mu papierosa. Nie miały już fajków, więc po prostu jedna z nich pozwoliła mu dopalić swojego. Okazali się przyjaźni, choć przez te wszystkie ostrzeżenia od ludzi dookoła na początku gadki starałem się trzymać od nich dystans. Parę minut później siedzieliśmy już w autobusie. Gdy podjechaliśmy pod Silver Sevens dosiadły się do nas nasze znajome z Tajlandii, w tym jedna na deskorolce, która prawie zabiła wczoraj naszą Mołdawię. Droga do Primm minęła nam na gadaniu o różnych duperelach, a gdy rozstawaliśmy się pod wejściem na nasze ‚osiedle’ ustawiliśmy z nimi wstępnie na piwko przy basenie pod wieczór. Ja wpadłem tylko na chwilę do domu wyciągnąć zakupy i poleciałem do Mołdawii, bo kupiłem sobie żarcie do odgrzania w mikrofalówce, ale zapomniałem, że nie mam mikrofalówki… Poza tym on wziął nasze 20 Budwaiserów, więc należało się tam pojawić.

Normalnie nie można przyjmować gości w swoich mieszkaniach, ale on ma akurat w porządku współlokatorów i nikt nie robił problemu z tego, że wpadłem skorzystać z mikrofalówki. Posiedzieliśmy, wypiliśmy parę piwek, wzięliśmy parę do siatki i poszliśmy na nasze miejsce spotkań, czyli pobliski basenik. Po jakimś czasie dołączyły się do nas dziewczyny z Mołdawii, a chwilę po północy wpadła cała ekipa z Tajlandii. Co tu dużo opowiadać – zaczęło się od chilloutu przy piwku a o 3 w nocy rzucaliśmy się jak pojebani do basenu. Ogólnie rzecz biorąc to tak jak wspomniałem wcześniej prawie wszyscy oprócz mnie są tutaj ratownikami na basenie, więc czułem się bezpiecznie xD. Pełna sielanka, chociaż po wyjściu myślałem, że zamarznę. Jak w ciągu dnia jest ponad 40c to te 15-20 w nocy wydaje się być temperaturą bliską zera. Koło 4:30am doczłapałem się do łóżka i poszedłem spać. To był dobry dzień.

 

 

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
0Email this to someone
email