Dzień drugi (część pierwsza)

Nie zawsze jest kolorowo i sielankowo, drugi dzień mi dał w kość tak bardzo, że po powrocie po prostu padłem w ciuchach na łóżku, portfel, dokumenty i wszystko na podłodze, a ja nawet drzwi za sobą do pokoju na zamek nie zamknąłem. Nie wiem czy jest to powód do zmartwień, bo nadal nie wiem kto ze mną tu mieszka. Chyba się mijamy.

Poranek z działem Human Resources

Miałem wyskoczyc na ‚osiedle’ poznać się z jakimiś studentami dzień wcześniej, ale też padłem na łóżku w okolicach godziny 8pm. Co chwilę się w nocy budziłem, ale jakoś przeleżałem do 6am. Wstałem, ogarnąłem się i zadowolony poleciałem do działu Human Resources. Na miejscu dowiedziałem się, że muszę coś poprawić w swojej aplikacji online. Okazało się, że zapomniałem swojego hasła do apki. Pracownica HR za bardzo się tym faktem nie zmartwiła i powiedziała, że zaraz wraca. Byłem pewny, że po prostu zresetuje mi hasło i na maila dostanę jakiś zbiór przypadkowych literek i cyferek. Nie. Ona przyniosła mi moje hasło wydrukowane na kartce razem z innymi danymi. Moje hasło. Trzmane na serwerze w plaintexcie. WAT DA FUK. Temat przemilczałem i podziękowałem za pomoc. Wypełnianie całej aplikacji (parędziesiąt stron) ograniczało się do tego, żeby wpisywać wszędzie swoje dane i klikać next. Każdy rozdział tej aplikacji trzeba było kwitować swoim podpisem na klawiaturze i aktualną datą, a przy mniejszych paragrafach trzeba było dawać swoje inicjały. Było tego dużo, bardzo dużo. Tak samo jak przy podpisywaniu regulaminu mieszkania – zamiast złożyć jeden podpis to musiałem złożyć ich 10 z aktualną datą (na każdej kartce) i dodatkowo machnąć inicjały przy każdym podpunkcie, a było ich parędziesiąt. O samej treści regulaminu mieszkania wspominam we vlogu z pierwszego dnia, ale nie wiem kiedy uda mi się go wrzucić, bo upload 4GB graniczy tu z cudem. W ogóle dostęp do Internetu z innego źródła niż z telefonu to ciężki temat.

Po wypełnieniu aplikacji online musiałem wypełnić wniosek o SSN (Social Security Number), bez którego nie mogę podjąć pracy, otworzyć konta w banku itd. To taki nr PESEL i NIP zarazem. Rzecz, którą trzeba gdzieś głęboko schować i pilnować jej, bo wg. broszurki gdy ktoś ma mój SSN to tak na dobrą sprawę może mi ukraść tożsamość, a tego bym bardzo nie chciał. Sam wniosek bardzo prosty – Imię, nazwisko, płeć dane rodziców itd. Dodatkowo można zaznaczyć swoją rasę (dobrowolnie). Do tego otrzymałem skierowanie na drug testy, czyli sikanie do kubeczka w celu weryfikacji czy przypadkiem nie walę heroiny po kablach w wolnych chwilach. Dostałem to wszystko, życzyła miłego dnia i odeszła do swojego biurka… Stanąłem jak wryty, bo jestem w Primm, miejscowości oddalonej o 40mil od LV, jeździ tutaj tylko jeden autobus, a ja w USA jestem od dwóch dni i nic nie wiem. Nie wpadła na to. Po chwili się zreflektowała i zaproponowała, że wydrukuje mi mapę z dojazdem do Social Security Administration spod Silver Sevens Casino (tam zatrzymuje się bus pracowniczy). Bardzo się ucieszyłem i oczywiście poprosiłem o wszelką możliwą pomoc – dostałem mapę… A dokładniej wskazówki jak dojechać samochodem. Znowu musiałem jej delikatnie przypomnieć, że nie mam samochodu, ani pieniędzy na taksówkę i jestem biednym studentem z Europy, który przyjechał tu pracować za minimalną stanową w ramach wymiany kulturowej, bo na pytanie „Jak mam się tam dostać? To jest 9 mil od Silver Sevens” usłyszałem „Nie wiem… Może weź taksówkę, czy coś.”. Nagle w jej oku pojawił się przebłysk geniuszu i postanowiła zaznaczyć na swoim komputerku, że nie będę jechał samochodem, tylko autobusem. Dostalem wydruk, a razem z nim mini zawału serca. Według tego, co miałem przed oczami moja podróż spod Silver Sevens do SSN zawiera 4 przesiadki i będzie trwała 2h, a do tego trzeba doliczyć jeszcze godzinkę żeby dostać się z Primm do Vegas. No, ale ok. Trzeba jakoś sobie dać radę. Inni studenci nie musieli tego robić, bo był tu człowiek z ICEO (sponsor, który nas tu ‚zaprosił’) i jeździł z nimi samochodem do Vegas pozałatwiać wszelkie formalności, konta w banku, zabrał ich do Wallmartu oddalonego o 40mil po pościel, poduszki, garnki itd. Ja do dzisiaj nic z tego sobie nie kupiłem, bo za bardzo nie miałbym jak tego przewieźć. Dobrze, że wziąłem jakieś prześcieradło z PL, z samolotu (za pozwoleniem oczywiście) zabrałem kocyk no i nie rozstaję się ze swoim ulubionym jaśkiem. Nie miałem okazji poznać tego „ICEO Representative”, bo wyjechał z Primm godzinę przed tym, jak ja tu dotarłem. Wraca 06/09/2015 (MM/DD/YEAR), czyli za trzy dni. Do tego czasu już powinienem dawno zacząć pracę, bo na chwilę obecną ciągnę ze swoich oszczędności. Dostałem dwa bilety na autobus pracowniczy, pokazała mi jeszcze gdzie mam zrobić drug testy (czyt. wydrukowała listę dostępnych placówek obok których napisana była odległość od S7 i zaznaczyła dwie najbliższe.) i tyle. Leć w świat skowronku, autobus odjeżdża za 10 minut.

Chwilę zajęło mi ogarnięcie, gdzie zatrzymuje się ten bus. Co ciekawe nikomu ani trochę nie przeszkadzało to, że po korytarzach i pomieszczeniach pracowniczych kręci się jakiś chłop wyglądający na turystę, wszyscy się uśmiechali, zagadywali „how you doin” i szli dalej. Pod wiatą przystankową siedziało jakichś dwóch czarnoskórych pracowników, którzy rozmawiali w bliżej nieokreślonym języku. Wymieniliśmy się zwrotami grzecznościowymi gdy ich mijałem i ulokowałem się w cieniu, bo temperatura dochodziła już do 30c. Zagadałem do jakiejś kobiety korzystającej ze swojej przerwy na papierosa i jedyne czego się dowiedziałem, to tego żebym pilnował portfela i plecaka jak będę się kręcił w okolicach Silver Sevens idąc na drug test. Trochę mnie to zmartwiło, ale pomyślałem, że dramatyzuje. Przyjechał autobus, jedynymi chętnymi pasażerami o tej godzinie byłem ja i dwóch wspomnianych wcześniej facetów. Jeden wsiadł, drugi nie został wpuszczony przez kierowce , bo do biletu nie miał identyfikatora pracowniczego a „Nie interesuje mnie kim on dla ciebie jest. Dookoła są kamery i mikrofony, a ja nie mam zamiaru stracić pracy przez Twojego brata.”. Kolej na mnie. Brak identyfikatora, do widzenia. Na nic tłumaczenia i pokazywanie dokumentów z HR, że mam zrobić drug testy, wyrobić sobie SSN i wtedy dostane identyfikator, bilet przecież mam. Nie ma „badge” nie ma jazdy. I tyle. Nara. Nie będzie tracił przeze mnie pracy. Zamknął drzwi i odjechał. Kolejny autobus za godzinę. No to się wkurwiłem, idę do tych HRów i mówię jej jaka jest sytuacja. Okazało się, że nasza super ogarnięta koleżanka zapomniała oznaczyć biletów magiczym stempelkiem, który upoważni mnie do jazdy bez ważnego ID. Podziękowałem za stempelek i poszedłem do pokoju w celu zostawienia w nim części gotówki, bo po drodze jeszcze jedna osoba mi mówiła żebym uważał na siebie w tamtych rejonach. Po około czterdziestu minutach wyszedłem na autobus, po drodze wpadłem na genialny pomysł zerknięcia na rozkład jazdy. Okazało się, że autobus nie przyjeżdża o 11:35am tylko dopiero o 12:35pm, bo ma dwie godziny przerwy. No kurwa mać. Idę do tych HRów i pytam się, która ze spraw jest ważniejsza do załatwienia, bo nie ma opcji żebym załatwił w dniu dzisiejszym obydwie rzeczy. Okazało się, że ważniejszy jest SSN, więc nie musiałem się zbyt długo zastanawiać nad planem na dzień dzisiejszy. Miałem jeszcze ponad godzinę wolnego czasu, więc postanowiłem się pokręcić po okolicy z nadzieją znalezienia Trevora Philipsa, bądź też siedziby Trevor Philips Industries.

primm nevada desert

Szukamy Trevora

Nauczony wcześniejszym doświadczeniem wybrałem się na przystanek jakieś 15 minut przed planowanym przyjazdem pracowniczego busa. Na miejscu rozmawiałem z jakimś starszym facetem na temat gigantycznego kruka, który siedział nam nad głową i wydawał z siebie dziwne dzwięki. Po chwili spytał się co tu robię, więc opowiedziałem mu o sprawach, które muszę dzisiaj załatwić. Poprosił mnie abym pokazał mu tę mapkę to mi podpowie co i jak. Strasznie się głowił nad tym jak tam dojechać, powiedział, że to strasznie bez sensu i żebym lepiej wziął taksówkę, bo to jest miliard przesiadek w miejscach, o których on nie ma zielonego pojęcia. Po chwili do rozmowy dołączyła się jeszcze jedna kobieta, która powiedziała żebym uważał na siebie w rejonach Silver Sevens i nikomu tam nie ufał (NO KURWA XD). Próbowała również rozszyfrować mapkę z dojazdem, po czym stwierdziła, że jednak powinienem wziąć taksówkę. Na te słowa pojawił się trzeci facet – na początku nie skojarzyłem skąd go znam, ale teraz już wiem. To człowiek odpowiedzialny za pracownicze mieszkania w Primm. Powiedział mi, żebym nie wysiadał pod Silver Sevens, bo to bez sensu no i dodatkowo jest tam niebezpiecznie (o rly?) i powiniem pojechać do zajezdni autobusowej i stamtąd wziąć autobus, który zatrzymuje się na skrzyżowaniu W Charleston Blvd i S Buffalo. SOUNDS LIKE A PLAN. Do tego obrazu wspólnego zrozumienia i pomocy dołączyła się pewna Latynoska, która podpowiedziała mi gdzie mogę zrobić drug testy w sobotę, skoro dzisiaj nie zdążę. Dostałem od wspomnianej wcześniej Pani długopis, wspólnie rozrysowali mi mapkę dzięki której dostanę się z ostatniego przystanku busa pracowniczego do zajezdni autobusowej (trzeba było przejść na drugą stronę dwupasmowej ulicy). Gdy odchodziłem w stronę otwartych drzwi autobusu, który pojawił się parę sekund wcześniej powtarzali w kółko „Tylko nie wysiadaj pod Silver Sevens” i życzyli powodzenia. Kierowcą był afroamerykanin w białek koszuli, w okularach wpierdolkach i ze śnieżnobiałym uśmiechem od ucha do ucha. Wysiadł z autobusu, każdego pytał się jak minął mu dzień, zachwalał pogodę i śmiał się do samego siebie zgarniając bilety w swoich sportowych rękawiczkach Nike’a. Ten uśmiech i gadka podpowiedziały mi, że może być zaraz ciekawie…

Primm → Bonneville Transit Center (BTC)

W autobusie nie było zbyt wielu osób, łącznie może z 15. Warunki spoko, klimatyzacja, taki zwykły autokar wycieczkowy jak w Polskim Busie. Kierowca cały czas z kimś gadał, opowiadał dowcipy, cieszył się faktem, że już piątek, a to jest jego ostatni kurs i może sobie skoczyć do domu wypić parę piwek. Gdał cały czas. Dosłownie. CAŁY CZAS. Nie zamknął się ani na chwilę przez całą drogę. Jakieś głupoty, a to, że jakiś mecz, a to, że piątek, piwo, pogoda.

 

Okazało się, że na pustyni strasznie wiało, bo dosłownie przestawiało trucki o 1/3 pasa. Na początku nie załapałem o co chodzi, bo kierowca wykonywał jakieś dziwne manewry i ktoś tam z przodu pojękiwał z zachwytu. Obserwowałem wszystko zza okna, ale nic nie wskazywało na to, że za nim panuje jakaś wichura, jednak kierowca zaczął się pytać pasażerów czy to czują, i że aż przestawia nam delikatnie autokar i on musi kontrować. Większe pojazdy przed nami też jakoś tak dziwnie się przesuwały nagle o 1/3 pasa, było słychać wiatr napierający na nasz autokar lecz nic na zewnątrz nie sugerowało, że aż tak mocno wieje, nie było efektownej burzy piaskowej (pewnie dlatego, że to nie jest chyba pustynia piaskowa…).

Postanowiłem się zapytać latynoski siedzącej przede mną gdzie dokładnie są te drug testy robione w sobotę. Powiedziała, że jak dojedziemy pod S7 to mi pokaże przez okno, którym autobusem będę musiał tam jechać, bo ona też właśnie jedzie posikać do kubeczka. Wtedy do rozmowy dołączył się siedziący obok starszy azjata pytając skąd jestem. Na moją odpowiedź zareagował śpiewając jakieś disco polo i mówiąc, że pracował z wieloma Polakami w Michigan i że uwielbia kiełbasę. Latynoska też lubi kiełbasę. Wszyscy lubią kiełbasę.

Zatrzymaliśmy się pod S7, dowiedziałem się na który przystanek mam jutro pójśc i tyle, good luck and have fun. Zaczęła mnie bardzo zastanawiać jedna rzecz – w autobusie zostałem tylko parę osób, na początku pusto, ja na środku, za mną zajętych było parę siedzeń, a kierowca nadal prowadził bardzo żywą dyskusję. Pomyślałem – słuchawka na bluetooth. Spoko. Po chwili zorientowałem się, że z dużym prawdopodobieństwem nie ma żadnej słuchawki i gada sam do siebie. O piwie, o pogodzie, o korkach i o pięknym dniu. Sam sobie opowiadał dowcipy, sam się z nich śmiał.

Dojechaliśmy do BTC i dopiero tutaj zaczęły się jazdy…

blog z las vegas

Groove Street. Home.

CDN…

Wpis powstał dzięki współpracy z:

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook
Facebook
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
0Email this to someone
email