Co uwielbiam #1, czyli luźne spostrzeżenia Casha w Ameryce

Od mojego pierwszego dnia w USA zapisuję sobie w telefonie rzeczy i sytuacje, które mnie w jakiś sposób zaskoczyły. Dzielę je na trzy kategorie – negatywne, neutralne i pozytywne. Jako, że dosyć sporo się już tego uzbierało postanowiłem ruszyć z nową serią wpisów, którą roboczo została nazwana „Luźne spostrzeżenia Casha w Ameryce”. Poniższy wpis jest pierwszym z serii pozytywnej, czyli „Co uwielbiam”.

 

Muzyka

O moim guście muzycznym wspominałem w jednym z Q&A, a dokładniej w: Q&A #1 (1/6) – Miliard pytań do Casha (21:35) https://www.youtube.com/watch?v=zVmodfhLS_s&feature=youtu.be&t=1300 . Tak naprawdę to nie potrafię określić swojego gustu muzycznego. Słucham wszystkiego, co mi daje ‚powera’. Przez moje playlisty od czasów walkmanów przewijają się setki różnych artystów i dziesiątki gatunków. Do dziś pamiętam pierwsze kasety, na których katowałem piosenki kabaretu OTTO, nie mam pojęcia skąd ją miałem, ale po dziś dzień pamiętam słowa niektórych piosenek 🙂 Pierwszą nielegalnie przegraną kasetą, którą udało mi się skopiować z kumplem w zaciszu domowym był soundtrack z filmu Blues Brothers – więc można powiedzieć, że moja przygoda z muzyką zaczęła się od bluesa, potem miałem etapy rapowe, heavy metalowe, elektroniczne… A teraz zostało mi wszystko po trochu, jednak w obecnym etapie mojego życia najbliższe mojemu sercu są dźwięki gitarowe, Rock’n’Roll!

Dlatego właśnie w pierwszym nagłówku czytacie o muzyce. Uwielbiam, tfu – KOCHAM w USA to, że wszędzie mogę usłyszeć klasyczną muzykę rockową. Kocham to, że siedząc przy barze popijając sobie whisky w uszach słyszę takie zespoły jak Led Zeppelin, Metallica, Nirvana, AC/DC, Journey, Guns’n’roses czy Creedence Clearwater Revival. Większość ludzi, których tu poznałem to albo studenci, albo ludzie, którzy nie są amerykanami z krwi i kości, tylko świeżymi imigrantami, bądź też ludźmi, których rodzice tu wyemigrowali, więc ich gusta muzyczne nie są typowo amerykańskie… Myślę, że nie pomylę się bardzo gdy powiem, że może 10% ludzi, których tu jak do tej pory poznałem bliżej to Amerykanie i na tej właśnie grupie się skupię w dzisiejszym wpisie. Będzie tutaj sporo generalizowania, ale opieram się na swojej własnej, prywatnej statystyce.

Zapewne nie zdziwicie się, gdy napiszę Wam, że zdecydowana większość moich czarnych znajomych, którzy są mniej-więcej w moim wieku czyli powiedzmy 20-35 lat słucha głownie rapu. Wielu z nich wygląda jak typowi gangsterzy z GTA, latają w fullcapach drużyn basketballowych i rozbijają się furami z przyciemnionymi szybami, dobrą felgą i mocnym audio. Do prawdziwych gangsterów z LA im daleko, no ale dla mnie jako dla Europejczyka jest to wystarczające podobieństwo do tego, co widzę na dużym ekranie, a takie chwile jak latanie ‚odpimpowaną’ furą po mieście z łamiącym żebra basem z ponad dwumetrowym, 120 kg czarnoskórym wydziaranym typem za kółkiem będę pamiętał do końca życia 😀
Biali młodzi, których poznałem słuchają raczej POPu i wszystkiego, co im zarzucą mainstreamowe stacje radiowe.

Sprawa ma się zupełnie inaczej, gdy mówimy o moich Amerykańskich znajomych, co-workerach, którzy są sporo starsi ode mnie. Powiedzmy tak 35-60. Tutaj prawie wszyscy jak jeden mąż – CLASSIC ROCK. Wyjątkiem jest mój były współlokator Mark, który po pijaku uwielbiał wyć do musicali, które oglądał na DVD. W naszej kasynowej slot-techowej ciężarówce zawsze lecą jakieś rock’n’rollowe rytmy, gdy za kółkiem siedzi tutejszy. Często przychodzę do baru, w którym 60 letni barman przeznacza sporą część swoich tipów na szafę grającą, z której głośników dzięki niemu wydobywają się gitarowe rytmy klasycznego rocka, a on wesoło do nich podryguje, gra riffy na swojej wyimaginowanej gitarze i drze się wniebogłosy śpiewając ulubione fragmenty podczas nalewania ci kolejnej szklanki burbonu. Jest klimat i to mocno.

Piękne jest to, że idąc sobie fremont street w środku tygodnia widzę na środku scenę i zespół grający covery oraz setki ludzi młodych i starych czerpiących niesamowitą energię i radość z możliwości posłuchania tego na żywo. Każdy podryguje w rytm muzyki, spora część tańczy. Nieważne czy 20 latek, czy 60 latka. Bawią się na całego. Nie mam pojęcia co to był za zespół, ale jak polecieli z Sweet Child o’ Mine i Don’t Stop Believin’ to aż mnie ciarki przeszły. Nie mogę się już doczekać 28 Września, kiedy to na żywo usłyszę AC/DC w Los Angeles!

Fremont Street

Kocham USA za to, że na swojej drodze spotykam od groma ludzi, którzy mają podobne gusta muzyczne do mnie – tym bardziej, że takie gusta idą z reguły w parze z pozytywnie pierdolniętym charakterem i rock’n’rollowym podejściem do życia.

Dodatkowo temat rocka jest pewniakiem, jeżeli chodzi o zapoznawcze gadki przy barze, czy też w stołówce pracowniczej. Sprowadza nas to do kolejnej rzeczy, którą tu uwielbiam…

Otwartość na innych ludzi

Jak już wiecie Amerykanie są dosyć otwarci i bardzo często zagadują ludzi – w szczególności, jeżeli zobaczą nową twarz. To samo tyczy się akcentu – wystarczy krótka gadka z barmanem, ludzie dookoła usłyszą twój akcent i od razu masz garstkę kompanów do picia, znajdą się chętni aby chwilę z tobą pogadać, dowiedzieć się czegoś o tobie i twoim kraju. Ostatnio poznaliśmy kolejnego ciekawego gościa będąc ze znajomymi w barze. Wypiliśmy razem po parę szklanek amerykańskiego burbonu i zdążyłem się dowiedzieć, że facet siedział w więzieniu, był członkiem gangu (czego się domyśliłem po dosyć nietypowym tatuażu. Gdy spytałem się czy mogę zrobić fotę kategorycznie mi odmówił) a garował chyba za głowę (albo pierdolił głupoty). W każdym razie bardzo żywo rozmawiałem z nim na temat aktualnej sytuacji z uchodźcami, oraz oczywiście właśnie o muzyce. Facet zakochany w classic rocku, więc wszyscy razem podrygiwaliśmy do AC/DC, które ryczało z głośników jukeboxa. Muzyka łączy ludzi. Inny z pracowników kasyna (ponad 50 lat) zapytany przeze mnie dlaczego chodzi w ‚śmiesznym bucie’ powiedział mi, że rozwalił sobie nogę podczas festiwalu –  gdy wrócił do hotelu pierwszego dnia zobaczył, że jest cała zakrwawiona, ale był tak porobiony (pytanie czym :D), że ją zabandażował, przespał się i cały następny dzień skakał na koncertach między innymi Metalliki. Potem się okazało, że w jakiś sposób porozwalał sobie ścięgna, mięśnie i kij go wie co jeszcze i teraz tak się buja w tym ‚śmiesznym bucie’. Metallika grała w Las Vegas w maju. Jest koniec września. Mimo wszystko chłop zadowolony i mówi, że to był najlepszy koncert w jego życiu i wart był każdego bólu… 😀

Parę dni temu zagadała mnie na przystanku dziewczyna – gdy usłyszała, że jestem z Polski nie mogła uwierzyć, że leci się tam dłużej niż 5 godzin, bo wydawało jej się, że samolotem się da wszędzie dolecieć w max 5 godzin… Naturalnie nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że Europa to nie jeden kraj 😀 Jednak ku mojemu zdziwieniu raczej trafiam na ludzi mniej-więcej obeznanych z geografią i historią, więc takie kwiatki się rzadko zdarzają 🙂

Muzeum neonów

Muzeum neonów

Przykładów ich otwartości na innych mógłbym podawać dziesiątki. Wiele z nich zostało już zawartych w poprzednich wpisach. Dodatkowo mogę stwierdzić, że z reguły są bardzo pomocni. Ostatnio dostałem awizo po które musiałbym jechać ponad 20 mil, a żadnej komunikacji miejskiej, więc albo na piechotę/rowerem, albo samochodem, którego nie mam. Dosyć sporo osób zaproponowało mi, że może mnie podwieźć w wolnej chwili np. rezygnując ze swojego lunchu. Udało mi się to na szczęście załatwić w inny sposób i paczka dotarła bezpośrednio do Primm.

Dystans do siebie, poczucie humoru

Jak już dwa pierwsze punkty są o ludziach, to trzeci też im poświęcę. W kontaktach międzyludzkich w tym kraju podoba mi się również to, że większość poznanych tu przeze mnie ludzi ma spory dystans do siebie, do otaczającej ich rzeczywistości oraz bardzo często trafiają w moje poczucie humoru. Mi to bardzo pasuje – bo, prawdopodobnie większość z Was nie zna mnie od tej strony, ale bardzo wiele osób mi mówi (a w szczególności tutaj, kiedy są to nowe znajomości), że wiele moich wypowiedzi ocieka sarkazmem i ironią, co w Polsce wielu osobom nie pasuje i często zdarza się, że co słabsze psychicznie osobniki się na mnie obrażają śmiertelnie. Tutaj trafiłem na bardzo fajną grupę studentów oraz pracujących w Primm ludzi, ponieważ szybko się do tego przyzwyczaili. Co więcej – śmiem stwierdzić, że w retoryce amerykanów na stałe zagościł sarkazm i ironia, dzięki czemu bardzo dobrze się dogadujemy.

Doskonałym przykładem dystansu do siebie będzie jeden z klientów w mojej drugiej pracy. Facet kupował biżuterii za paręset dolarów, dobrze ubrany chłop po 50 w garniturze. Przy płaceniu kartą zaczęła grać jego ulubiona nuta, więc zanim przeciągnął kartę przez terminal zaczął wywijać piruety i śpiewać falsetem 😉 Bardzo często widuję tutaj uśmiechniętych, tańczących czy śpiewających ludzi. Coś, co u nas zdarza się zdecydowanie rzadziej.

Naturalnie nie znaczy to, że nie ma tu gburów, którzy doprowadzają mnie do białej gorączki, czy wkurwionych osób, które klną na prawo i lewo rzucając czym popadnie. Każdy ma czasami gorszy dzień i nawet najmilszy znajomy będzie czasami zachowywał się jak ostatni cham. Nie znaczy to również, że w Polsce w żadnej knajpie nie słyszę Guns’n’Roses. Po prostu te trzy rzeczy wymienione powyżej spotykają mnie tu zdecydowanie częściej niż w naszym kraju.

 

Dziś mój ostatni dzień pracy. Jutro wypożyczamy samochód i jadę do Los Angeles, wracam do PL pod koniec października. Postaram się Was informować na bieżąco o postępach podróży i nagrać wieeele materiału 🙂

Zachęcam Was do śledzenia mojego instagrama – instagram.com/vlogcasha, oraz polajkowania fanpage’a facebook.com/vlogcasha – z pewnością w najbliższych tygodniach tam będzie się pojawiało najwięcej materiału.

 

Wpisy z serii „Luźne spostrzeżenia Casha w Ameryce” pisane są na podstawie moich osobistych doświadczeń, które nabywam w miejscu, w którym aktualnie przebywam, więc wiele z opisywanych w tej serii sytuacji z dużym prawdopodobieństwem nie występuje w całych Stanach. Polecam spojrzenie na USA jako na pięćdziesiąt różnych państw. Weźcie to proszę pod uwagę zanim mi zarzucicie pisanie nieprawdy.

Wpis powstał dzięki współpracy z:

 

Podziel się ze znajomymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someone
  • Adam Wojciechowski

    Nareszcie!!! Miło się czyta oby tego było więcej po z dr o 😀

  • Fan Casha

    W jaki sposób dostałeś awizo jak mówiłeś, że paczki zostawia się w USA pod drzwiami jak nie ma nikogo w domu? To był list z potwierdzeniem odbioru czy jakiś inny amerykański wynalazek? Możesz napisać o tym więcej? Czy do najbliższej poczty masz 20 mil?

  • Cash

    Zgadza sie – najblizsza poczta jest w Jean, czyli kawalek drogi. Listy te byly puszczone przez US Postal i z jakiegos powodu wymagaly podpisu. Szly z Chin, wiec moze dlatego. Zielonego pojecia nie mam 🙂